Naukomania

Pełna wersja: Moralność pani Dulskiej – Gabriela Zapolska
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Moralność pani Dulskiej – Gabriela Zapolska


Akcja toczy się w mieszkaniu Dulskich, które jest częścią lwowskiej (lub krakowskiej) kamienicy należącej do Dulskich.

AKT I
O godzinie szóstej rano pani Dulska wstaje i jak co dzień podrywa ze snu cały dom, zapędza służbę do pracy, sama osobiście nadzoruje całą krzątaninę, nie szczędząc gromkich okrzyków, którymi skutecznie unicestwia objawy jakiejkolwiek opieszałości zarówno służby, jak i członków rodziny. Po pewnym czasie pojawia się Zbyszko, który właśnie powraca z całonocnej hulanki. Usiłuje się przemknąć niepostrzeżenie do swego pokoju, jednak Dulska zatrzymuje go i robi mu wymówki. Młodzieniec zbywa wszystkie słowa matki cynicznymi uwagami. Będąc przez chwilę sam na sam z Hanką, z którą za cichym przyzwoleniem Dulskiej od dłuższego już czasu romansuje, Zbyszko usiłuje objąć służącą, co spostrzega przypadkiem wchodząca do pokoju Mela. Epizod ten utwierdza dziewczynkę w przekonaniu, że Zbyszko i Hanka kochają się. Nieco później Hesia i Mela wychodzą do szkoły. Do Dulskiej przychodzi Lokatorka. Kobieta ta przed kilkoma dniami usiłowała popełnić samobójstwo z powodu zdrady męża, co stało się przyczyną skandalu. Dulska, która nie mogła znieść świadomości, że skandal ten miał miejsce w jej kamienicy, wymówiła Lokatorce mieszkanie. Nieszczęśliwa kobieta, która dopiero co opuściła szpital, przyszła właśnie prosić właścicielkę kamienicy o cofnięcie tej decyzji, motywując swą prośbę złym stanem zdrowia i, ze względu na zimową porę, niemożliwością znalezienia innego mieszkania. Pomiędzy obiema kobietami dochodzi do ostrej sprzeczki. Dulska wypowiada między innymi kilka zdań, które po części charakteryzują jej poglądy na moralność: "dobrze, że samobójców chowają osobno, niech się nie pchają między porządnych ludzi" oraz "na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział. Rozwłóczyć je po świecie to ani moralne, ani uczciwe. Ja zawsze tak żyłam, aby nikt nie mógł powiedzieć, że byłam powodem skandalu".
Rozgoryczona i zdenerwowana Lokatorka opuszcza mieszkanie Dulskiej. W drzwiach mija się z Juliasiewiczową. Do rozmowy Juliasiewiczowej z Dulską przyłącza się Zbyszko który między innymi stwierdza, że "być Dulskim to katastrofa". Nieco później, pod nieobecność matki, Zbyszko przypuszcza ostry atak na kołtunerię i kołtuństwo. Mówi m.in.: "mam tam pod spodem w duszy całą warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła". Po pewnym czasie młodzieniec wychodzi do biura. Dulska zaś je z Juliasiewiczową drugie śniadanie. Podczas rozmowy Juliasiewiczowa sugeruje, aby pani domu odprawiła Hankę ze względu na Zbyszka. Dulska w sposób aluzyjny przyznaje się, że wie o romansie syna, ale twierdzi, iż młodzieniec musi się "wyszumieć", a niech się to dzieje "lepiej w domu", pod okiem matki, niż poza domem.

AKT II
Jest późne popołudnie. Dulski dostaje od małżonki swoje dwadzieścia centów i wychodzi do kawiarni. Hesia i Mela wybierają się wraz z matką na lekcję tańca. Z powodu bólu głowy Mela zostaje w domu. Pod nieobecność Dulskiej Mela nawiązuje ze Zbyszkiem rozmowę. Zwierza się ze swoich osobistych przeżyć i spostrzeżeń dotyczących związku brata ze służącą. Dziewczynka wierzy, że Zbyszko będzie chciał poślubić Hankę i ofiaruje im swoją pomoc. Początkowo młodzieniec oburza się na siostrę, ale po chwili uspokaja się i prosi tylko dziewczynkę, aby nie zajmowała się tą sprawą. W czasie, gdy Mela znajduje się w swoim pokoju, Hanka powraca z miasta, gdzie została uprzednio wysłana przez Zbyszka w tajemnicy przed panią Dulską. Z rozmowy panicza i służącej wynika (choć nie zostaje to wypowiedziane wprost), że Hanka spodziewa się dziecka. Zbyszko jest wzburzony tą wiadomością, ale niepokój ten bardziej jest wywołany mogącymi spaść na głowę młodzieńca kłopotami niż zainteresowaniem losem Hanki, która znalazła się teraz w bardzo trudnej sytuacji. Po wyjściu Zbyszka z salonu wchodzi tu Mela, próbując uspokoić i pocieszyć Hankę. W tej sytuacji zastaje je Juliasiewiczowa. Hanka ucieka z salonu, Mela zaś prosi krewną o pomoc w wyjściu z trudnej sytuacji. Juliasiewiczowa z relacji dziewczynki po części dowiaduje się, a po części domyśla, jak się sprawy mają i uspokaja Melę, nakazując jej jednocześnie dyskrecję. Niezwykle rozdrażniony Zbyszku wychodzi z domu. Wkrótce potem powracają Dulska z Hesią i Dulski. Podczas podwieczorku, w którym uczestniczy również Juliasiewiczowa, dochodzi między nią a Dulską do sprzeczki. Juliasiewiczowa sprowokowana przytykami do swego sposobu bycia stwierdza, że do sumienia pani Dulskiej "lepiej w biały dzień nie zaglądać", bo "dopatrzyć by się tu można niejednego". Gospodyni wyprasza męża i dzieci z salonu, aby wysłuchać zarzutów stawianych jej przez krewną. Jest pewna że nie ma zarzutu, którego nie mogłaby odeprzeć. Dowiedziawszy się prawdy o Zbyszku i Hance początkowo nie chce wierzyć, a następnie - słysząc z ust służącej potwierdzenie zarzutu - wpada w gniew. W domu rozpętuje się awantura. Dulska decyduje się natychmiast wymówić Hance pracę. Juliasiewiczowa korzystając z okazji odpłaca za wszystkie przytyki wymówki i obelgi, które zostały wypowiedziane pod jej adresem i oznajmia Zbyszkowi, że jego matka od samego początku wiedziała o jego romansie, a nawet celowo przyjęła Hankę, aby zatrzymać syna w domu. Młodzieniec słysząc to wpada w pasję i oznajmia, że ożeni się z Hanką. Słowa te doprowadzają Dulską do wściekłości.

AKT III
Jest ranek następnego dnia. Meta budzi Hankę, która jeszcze nie doszła do siebie po minionych wydarzeniach. Panienka pociesza nieszczęśliwą dziewczynę i obiecuje jej swoją pomoc oraz, że poświęci się całkowicie dla niej i wychowania jej dziecka. Prawie zrozpaczona pani Dulska prosi Juliasiewiczową o pomoc w wybrnięciu z trudnego położenia. Dulska posyła też po Tadrachową. Juliasiewiczowa bierze na siebie ciężar przeprowadzenia rozmowy z matką chrzestną Hanki i z początku nic nie wspomina o zamiarach Zbyszka, a próbuje tylko delikatnie ową kobietę wybadać i dowiedzieć się czegoś więcej o Hance. Ich rozmowę przerywa Zbyszko, który zasięgał w mieście informacji dotyczących formalności jakie należy załatwić w związku ze ślubem. Oznajmia, że ma zamiar ożenić się z Hanką i wychodzi do swego pokoju. Słysząc jego słowa Tadrachowa od razu zmienia front i twierdzi, że wiedziała już dawno co się święci, stwierdzając zarazem, iż całym posagiem Hanki była uczciwość, a w tej sytuacji jeszcze tylko "pieniądzami ludziom oczy mydlić można". Juliasiewiczowa radzi Dulskiej, aby wyłożyć pewną sumę dla zażegnania wiszącego w powietrzu skandalu, do jakiego może doprowadzić Hanka. Dulska nalega, aby Juliasiewiczowa spróbowała jeszcze odwieść Zbyszka od spełnienia jego zamiarów co zdaniem gospodyni może spowodować, że "wszystko się ułoży bez straty choćby jednego grosza". Juliasiewiczowa zgadza się i w poufnej rozmowie ze Zbyszkiem sprytnie przedstawia mu w jak najciemniejszych kolorach jego przyszłe małżeństwo z Hanką. Wykorzystuje przy tym całą swoją przebiegłość i umiejętnie gra na uczuciach młodego Dulskiego. Wreszcie Zbyszko daje się przekonać, poprzestając na zapewnieniu swej krewnej, że Hanka nie zostanie pokrzywdzona. W momencie, gdy przeprasza matkę, wpada jednak we wściekłość i wybiega. Juliasiewiczowa kwituje to stwierdzeniem, że należy młodzieńcowi pozwolić się "wyburczyć". Obie panie wzywają ponownie Tadrachową, a Juliasiewiczowa oznajmia jej, że Zbyszko zmienił swe zamiary, zaś "pani gospodyni (...) może tam coś niecoś da Hance jako odszkodowanie". Tadrachowa jest nieco zdziwiona, ale przystaje na taki układ. Chce jednak najpierw porozmawiać z Hanką. Na osobności oznajmia dziewczynie, że panicz nie chce się żenić, a zamiast tego otrzyma ona "coś na rękę". Hanka godzi się z losem, ale nie chce też pieniędzy. Znajduje się w stanie wewnętrznego rozbicia i głębokiego przygnębienia. Po powrocie Dulskiej i Juliasiewiczowej Tadrachowa ostro stawia sprawę nie chcąc, aby jej chrześnica odeszła z pustymi rękami. Na propozycję kwoty kilkudziesięciu koron do rozmowy włącza się nieoczekiwanie Hanka i z niespotykaną u niej do tej pory zuchwałością stawia warunek: otrzyma tysiąc koron, albo będzie dochodzić swego przez sądy. Nie chcąc dopuścić do skandalu Dulska ustępuje. Niedługo potem Tadrachowa z Hanką opuszczają kamienicę, Dulska zaś stwierdza: "teraz muszę odbić to, co mi wydarli". Chwilę później, po wyjściu Juliasiewiczowej, życie rodziny Dulskich powraca "do normy" według słów gospodyni: "będzie znów można zacząć żyć po bożemu".
Życie i twórczość

Gabriela Zapolska (właśc. Maria G. Janowska, z Korwin-Fiotrowskich, v. Śnieżko, inne pseud.: Józef Maskoff, Walery Tomicki) urodziła się 30 III 1857 w Podhajcach pod Łuckiem, zmarła 21 XII 1921 we Lwowie, dramatopisarka, powieściopisarka, nowelistka, aktorka, felietonistka i recenzentka teatralna. Pochodziła z zamożnej rodziny ziemiańskiej; po nieudanym małżeństwie zerwała z mężem i z rodziną (1881), pozostając bez środków do życia. Początkowo została współpracowniczką „Gazety Krakowskiej”, a następnie próbowała swoich sił jako aktorka, występując w Krakowie, we Lwowie i Poznaniu. W 1889 wyjechała do Paryża, gdzie uczyła się zawodu oraz występowała w Théâtre Libre A. Antoine'a i Théâtre de l'Oeuvre. Po powrocie do kraju (1897) występowała w Warszawie, w teatrze krakowskim pod dyr. T. Pawlikowskiego i w teatrze lwowskim. Mimo że scena była pasją jej życia, nie osiągnęła znaczącego sukcesu jako aktorka, a liczne konflikty z dyrektorami teatrów zmusiły ją do rezygnacji z dalszej kariery. W latach 1900-1903 była felietonistką i recenzentką „Słowa Polskiego”, „Nowej Reformy” i „Ilustracji Polskiej”, prowadziła też w Krakowie szkołę dramatyczną, przygotowując samodzielnie kilka przedstawień. Od 1904 mieszkała z drugim mężem (malarz S. Janowski) we Lwowie, gdzie zorganizowała wędrowny zespół aktorski („Teatr Gabrieli Zapolskiej”), z którym objeżdżała prowincję galicyjską (1907 i 1908), a w latach 1912-13 była kierownikiem literackim Teatru Premier W tym samym czasie publikowała felietony w „Słowie Polskim” (1908-09), a następnie w „Wieku Nowym” (do 1913).
Twórczość literacką traktowała Zapolska zawsze jako działalność dodatkową, stąd wiele jej utworów razi schematyzmem, niedopracowaniem formalnym i powierzchownością w ujęciu problemu.
Jej pierwsze utwory (opowiadania Jeden dzień z życia róży – 1881, Małaszka – 1883, Kaśka Kariatyda – 1885-6, tom nowel: Akwarele, a także powieść: Przedpiekle – 1889) wywołały oburzenie konserwatywnej krytyki i stały się przedmiotem ostrych polemik, ze względu na odwagę obyczajową, śmiałość poruszanych tematów i ostrość naturalistycznych opisów. Zapolska dążyła bowiem do ukazania „nagiej prawdy życia”, kładąc główny akcent na najbardziej drażliwe problemy społeczne, nierzadko ze szkodą dla artystycznego efektu.
Kolejne utwory to cykl nowel (Menażeria ludzka – 1893) i powieści (Janka – 1895, Fin-de siecle'istka – 1897, Zaszumi las – 1899, Sezonowa miłość – 1904, Córka Tuśki – 1907, O czym się nie mówi – 1909, Kobieta bez skazy – 1913, O czym się nawet myśleć nie chce – 1914), demaskujących obłudę obyczajową mieszczaństwa, poruszających m.in. temat prostytucji i chorób wenerycznych. Zdecydowanie słabsze były powieści psychologiczne: Jak tęcza – 1902, A gdy w głąb duszy wnikniemy – 1903. W sztukach dla teatrzyków ogródkowych: Małka Szwarcenkopf – 1887 i Jojne Firułkes – 1898 podjęła Zapolska tematykę żydowską, a zaatakowana – odpowiedziała powieścią Antysemitnik – 1899. W melodramatach Tamten –1898 i Sybir – 1899 próbowała Zapolska podjąć współczesną tematykę patriotyczną, niejako odpowiadając na aktualne nastroje społeczne, jednak problematyka ideowa była jej obca i przerastała jej możliwości intelektualne i artystyczne. Do słabszych pozycji w jej dorobku literackim zaliczyć też można dramaty Tresowane dusze – 1902, Mężczyzna – 1902 i Nieporozumienie – 1903, a także próby sztuk modernistycznych.
Niezaprzeczalnym walorem pisarstwa Zapolskiej była natomiast umiejętność obserwacji społecznej, odwaga w wyborze tematu, wyczulenie na wady i śmieszności ludzkie, drapieżne demaskatorstwo w opisie obłudy obyczajowości mieszczańskiej. Wybitnym osiągnięciem Zapolskiej stały się bez wątpienia satyryczne komedie obyczajowe, w których – nie bacząc na ostre ataki krytyki – podejmowała odważną próbę sportretowania swoich współczesnych: Żabusia 1897, Moralność pani Dulskiej – 1906, Ich czworo – 1907, Skiz – 1909 i Panna Maliczewska – 1910.


Recepcja twórczości

Twórczość Gabrieli Zapolskiej budziła ostry sprzeciw i narażała ją na oskarżenia o poszukiwanie sensacji, zajmowanie się wyłącznie tematyką płci, lubowanie się w tematach nieprzyzwoitych i wulgarnych. Sama pisarka oceniała swoje dokonania nazbyt może wysoko, porównując się (zwykle na korzyść dla siebie) z największymi swojej epoki: Och! Jakże życie jest straszne i ciężkie. Sienkiewicz ma żyć z czego. Ma! A czy on napisał „Sybir”, „Tamtego”, „Zaszumi las”.1 Albo: Przecież mnie więcej czytają jak Prusa, bo jestem bardziej kameleonowa.2 Jednak w rzeczywistości ani jej aktorstwo, ani dorobek literacki nie budziły entuzjazmu krytyków. Już debiut literacki Zapolskiej stał się przyczyną skandalu (z racji niesłusznego oskarżenia o plagiat). Konserwatywni krytycy mieli jej do zarzucenia wiele – od szargania świętości i atakowania własnej sfery począwszy, aż po brak wyższych uczuć i pogoń za tanią popularnością. Teodor Jeske-Chociński na łamach „Niwy” pisze w 1888 roku: Gabrielę Zapolską mianowano naturalistką, a tymczasem jest ona dotąd tylko nowelistką, która lubi przedmioty wysoko podkasane, lubieżne i ordynaryjne. „De gustibus non est disputandum...”.3 Też same zarzuty powtarza po nim długi szereg krytyków przez wiele lat. Zapolską odsądza się od czci i wiary, wśród określeń dotyczących jej twórczości powtarzają się przymiotniki: nieprzyzwoity, brudny, jadowity, pełen nienawiści, erotomański, zmysłowy, skandaliczny, podkasany lub co najmniej niesmaczny. Jeszcze w 1911 roku Adam Grzymała-Siedlecki napisał, że twórczość Zapolskiej jest mezaliansem wielkiego talentu z trywialnością.4 Nawet życzliwsi pisarce krytycy, reprezentujący poglądy liberalne (P. Chmielowski, W. Feldman), którzy skłonni byli wybaczyć Zapolskiej dobór tematyki lub dostrzegali odwagę i bezkompromisowość jej spojrzenia na sprawy oczywiste, lecz dotąd ukryte, nie wahali się uznać, że Zapolska podważa istniejącą strukturę społeczną, a jej poglądy są szkodliwe i anarchistyczne.
Znamienne, że poglądy te nigdy nie prowokowały do otwartej dyskusji, a atakowane przez nią postawy i społeczne normy pozostawały poza zainteresowaniem dyskutantów. Wymagałoby to bowiem potwierdzenia diagnozy postawionej przez autorkę, Moralności pani Dulskiej, a tym samym odbierałoby sens wystąpień jej przeciwnikom.
Nieliczna tylko grupa krytyków potrafiła oderwać się od obsesji płci i skandalu, dostrzegając u Zapolskiej znakomity warsztat dramaturga, wysoką świadomość społeczną i precyzję portretowania postaci i środowisk. Stanisław Brzozowski twierdził, że zasługą pisarki była umiejętność analizowania spraw drażliwych i dotąd pomijanych przez konwencję literacką. Dodawał jednak, iż Zapolska rozproszyła swój talent, a wymowę jej utworów osłabiają typowe dla epoki, nadużywane przez autorkę środki wyrazu: sentymentalizm, nastrojowość, lub przeciwnie – nadekspresywność. Wypowiadając się na temat dorobku literackiego Zapolskiej, Brzozowski nie cofa się przed dyskusją na tematy społeczne, wytykając pisarce, że przy całej trafności spostrzeżeń i diagnoz nie potrafi zdobyć się na jakiekolwiek propozycje pozytywnego programu, nie umie też wskazać wartości, które można by przeciwstawić zarówno „dulskim”, jak i „dekadentom”.
Rzeczowy stosunek do dorobku autorki Moralności pani Dulskiej miała również Irena Krzywicka, sama zresztą okrzyknięta „gorszycielką” swojej epoki. Zarzucając Zapolskiej nie najlepszy gust i drażniącą manierę pisarską, obala równocześnie legendę obsesji płci, a także sugeruje, że prawda jest zupełnie przeciwna, to właśnie moraliści i krytycy konserwatywni objawiali niezdrowe zainteresowanie „wstydliwymi” tematami, zaś sama Zapolska traktowała problematykę płci surowo i bez dwuznaczników. Przeprowadzając swoistą rehabilitację pisarki, Krzywicka porównuje jej dorobek z Komedią ludzką Balzaka.
Podobnie rzeczowy i obiektywny w ocenie spuścizny Gabrieli Zapolskiej był Tadeusz Żeleński-Boy. W dyskusji na temat problematyki społecznej zawartej w Moralności pani Dulskiej próbował on oderwać termin „dulszczyzny” od – przypisywanego mu obiegowo związku z moralnością drobnomieszczańską. Z właściwą sobie przekorą i niezależnością Boy dowodził, że postawy i zachowania opisane w dramacie nie mają charakteru „klasowego”, lecz stanowią normę przyjętą przez ogół społeczeństwa.
Mimo że badacze epoki Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego na ogół przyznają pisarstwu Zapolskiej dość niską rangę, chwalą jednak jej umiejętność portretowania typów ludzkich, ostrość ocen moralnych i nowatorstwo w dziedzinie techniki dramatycznej i teatralnej (prekursorskie wręcz zastosowanie tekstu pobocznego didaskaliów – jako materiału charakteryzującego bohaterów i środowisko). Wszyscy też zgadzają się co do znaczenia Moralności pani Dulskiej w historii dramatu i teatru polskiego.


Moralność pani Dulskiej na scenie

Moralność pani Dulskiej wystawiana była najpierw w Krakowie (1906), później w Warszawie (1907), gdzie nosiła podtytuł Tragifarsa kołtuńska. Znakomita konstrukcja sceniczna utworu, nowoczesne wykorzystanie zaznaczonej w didaskaliach scenografii charakteryzującej bohaterów jeszcze przed ich pojawieniem się na scenie, świetny rysunek każdej z postaci – zapewniły sztuce niesłabnące powodzenie oraz sprawiły, iż termin „dulszczyzna” został do dzisiaj obiegowym synonimem kołtunerii, obłudy, hipokryzji, wąskich horyzontów myślowych i głupoty. Określenie „dulszczyzna” stało się wręcz nadrzędnym hasłem opisowym i wartościującym, przekraczając granice czasu i wypierając stworzone równocześnie terminy „filister” i „podfilipski”. Sztuka Moralność pani Dulskiej miała ponad 200 realizacji w teatrach zawodowych w Polsce (w tym również w teatrze radiowym i – kilkakrotnie – telewizyjnym), wchodząc w skład klasycznego kanonu repertuarowego, została też trzykrotnie sfilmowana (1930, 1974 i 1980) oraz przerobiona na musical. Była również tłumaczona na języki: ukraiński, czeski i niemiecki. Do tematu Dulskich Zapolska powróciła jeszcze w opowiadaniach Pani Dulska przed sądem – 1908 i Śmierć Felicjana Dulskiego – 1911.


Streszczenie utworu

Komedia, składająca się z trzech aktów, rozpoczyna się i kończy podobną sceną: pochmurny, jesienny ranek lwowski w ciemnym, ponurym, przepełnionym meblami i bibelotami mieszkaniu. Ciszę zakłóca szuranie pantofli pani domu, która swoimi okrzykami i wyrzekaniami budzi służbę i domowników i wprawia w ruch poszczególne postaci dramatu. Właściwie nic się bowiem nie stało, sytuacja wróciła do stanu normalnego... Felicjan dalej będzie odbywał swoje milczące wędrówki, Zbyszko będzie się „lumpował”, Hesia i Mela pobiegną na lekcję tańca – a pani Dulska, przenikliwym wrzaskiem poganiając służbę, czym prędzej odbije sobie poniesioną stratę. Tylko w kuchni rozpocznie pracę nowy „kocmołuch”...
Współczesny czytelnik może napotkać dwie wersje tekstu dramatu Zapolskiej – pierwsza, oparta na pierwodruku sztuki z roku 1907 (wydawnictwo Orgelbrand, Warszawa) i druga, z 1923 roku, oparta prawdopodobnie na jakimś, dziś już nie istniejącym, odpisie teatralnym, dokonanym po śmierci autorki (wydawnictwo Lektor, Lwów). Jest to o tyle istotny szczegół, że wg Lektora akcja sztuki dzieje się nie we Lwowie, lecz w Krakowie (zmienione zostały niektóre nazwy topograficzne dotyczące Lwowa i Krakowa, zmianie uległy także charakterystyczne dla obu miast regionalizmy w dialogach bohaterów). Wersja ta zawiera również szereg błędów: pomija wiele informacji w tekście odautorskim, jest pełna pomyłek korektorskich dotyczących zarówno ortografii, jak interpunkcji. Przez długi czas obie sztuki funkcjonowały równolegle (ze względów politycznych preferowana była ta późniejsza i zarazem gorsza), powszechne było przeświadczenie o istnieniu dwóch – lwowskiej i krakowskiej – wersji. Dopiero ostatnie lata pozwoliły sprostować pomyłkę i powrócić do pierwotnej edycji dramatu.
Argumenty przemawiające za autentycznością tekstu Orgelbranda to – obok poprawności językowej – lwowskie właściwości języka w dialogach i szereg szczegółów topograficznych dotyczących Lwowa. Niniejsze omówienie oraz przytoczone dalej cytaty będą zatem oparte na tej właśnie edycji dramatu.
AKT I
SCENA I. Dulska budzi służbę i córki i przekonuje się, że Zbyszko nie nocował w domu.
SCENA II. Dulska poucza Hankę, jak oszczędnie palić w piecu i bagatelizuje jej nieśmiałą skargę na panicza,, który ją molestuje. Następnie budzi męża i poleca córkom, by umyły się w zimnej wodzie „dla zdrowia” – oczywiście, rzekoma troska o zdrowie dziewcząt ma ukryć jej chorobliwe skąpstwo. Wychodzi do kuchni i krzyczy na stróża, że zostawił miotłę na deszczu.
SCENA III. Hesia i Mela czeszą się i rozmawiają na tematy „zakazane” – cyniczna Hesia wyśmiewa nieświadomość i naiwność siostry oraz zdradza jej, iż Zbyszka z Hanką łączy uczucie.
SCENA IV. Dulska przelatuje przez salon niczym huragan. Popędza Felicjana, zagania Hesię do powtórzenia lekcji a Melę do ćwiczenia gam na pianinie. Tymczasem dziewczynki ukradkiem rozmawiają o tym, jak Zbyszko spędza noce w lokalach.
SCENA V. Zbyszko dyskretnie wślizguje się do domu i usiłuje ukradkiem wejść do swojego pokoju, aby odespać „przelumpowaną” noc. Hesia z ciekawością wypytuje go o szczegóły kawiarnianej zabawy, a gdy ten opędza się od niej – głośnym krzykiem powiadamia matkę o powrocie marnotrawnego syna i domaga się, aby poszedł do pracy. Równocześnie strofuje Melę za rak pilności, a Hesię – za podarte kalosze. Zbyszko broni się przed zarzutami matki, dowodząc że chodzi do kawiarni, gdyż odczuwa potrzebę „wymiany myśli” z ludźmi podobnymi sobie.
SCENA VI. Dulski – ubrany do wyjścia – odbiera od żony cygaro. Dulska przypomina mu o wypłacie pensji i napomina, aby nie zgubił pieniędzy. Zbyszko wykorzystuje chwilowy brak uwagi matki i wymyka się do swojego pokoju, aby wyspać się przed pójściem do biura.
SCENA VII. Dulska wydaje polecenia sprzątającej salon Hance i wychodzi. W salonie pojawia się Zbyszko i zaczyna niewybredne zaloty. Hanka początkowo dąsa się z powodu jego nocnej eskapady, ale po chwili poddaje się jego urokowi. Flirtujących zaskakuje zmieszana Mela, którą Dulska wysłała do salonu, aby przed wyjściem do szkoły poćwiczyła jeszcze „palcówki”. Hanka kryje się w kuchni, Zbyszko ucieka znowu do swojego pokoju. Zasmucona Mela puka do niego i obiecuje mu, że zachowa dyskrecję, czym wywołuje irytację brata.
SCENA VIII. Wbiega Hesia, ubrana do wyjścia, przynosząc żakiecik i książki szkolne siostry. Dulska wyprawia córki na pensję pod opieką Hanki.
SCENA IX. Wchodzi lokatorka, której Dulska listownie wymówiła mieszkanie. Prosi o zmianę decyzji gospodyni, tłumacząc, że znalazła się w trudnej sytuacji finansowej i zdrowotnej (właśnie wróciła ze szpitala po nieudanej próbie samobójczej, której dokonała na wiadomość o romansie męża ze służącą). Dulska bezlitośnie odmawia, oskarżając ją o brak zasad moralnych, wywołanie skandalu i niepotrzebne upublicznienie wstydliwych spraw rodzinnych. Wypowiada przy tym swoje życiowe credo, będące kwintesencją „dulszczyzny”: Moja pani! Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział. Rozwłóczyć je po świecie to ani moralne, ani uczciwe. Ja zawsze tak żyłam, ażeby nikt nie mógł powiedzieć, iż byłam powodem skandalu.5
SCENA X. Wychodząca lokatorka mija się w drzwiach z Juliasiewiczową, siostrzenicą Dulskiej. Juliasiewiczowa, słysząc zakończenie rozmowy, zwraca się do ciotki z prośbą o wynajęcie zwolnionego mieszkania, ale Dulska odmawia jej, obawiając się, iż siostrzenica będzie oczekiwała obniżki czynszu albo będzie płacić nieregularnie, gdyż... żyje rozrzutnie: chodzi do teatru i do kawiarni oraz kupuje gazety.
SCENA XI. Do salonu wchodzi Zbyszko, uskarżając się na hałaśliwe rozmowy. Próbuje bronić przed matką nieszczęsnej lokatorki, przekomarza się z kuzynką, ironizując na temat zasad życiowych matki i rodziny.
SCENA XII. Powraca Hanka. Dulska wychodzi do kuchni, aby wydać dalsze polecenia służbie. Spostrzegawcza Juliasiewiczowa podśmiewa się z romansu Zbyszka, który zwierza się przed nią ze swojej tęsknoty do wyrwania się z własnej sfery i środowiska.
SCENA XIII. Dulska napomina Zbyszka, żeby wyszedł wreszcie i udał się do biura, bo inaczej straci posadę. Zbyszko wychodzi, wygłaszając po drodze kilka cyniczno-dekadenckich frazesów na temat bezsensu życia.
SCENA XIV. Juliasiewiczowa ostrzega ciotkę, że Zbyszko romansuje z Hanką. Dulska wyjaśnia jej, że po pierwsze wie o wszystkim i kontroluje sytuację, a po drugie – jest to z jej strony świadoma taktyka, gdyż przy pomocy Hanki próbuje zatrzymać syna w domu i oderwać go od nocnych wypraw do kawiarni i kabaretów: A! Niech tam!... byle się nie włóczył i nie tracił zdrowia... Aby odwrócić uwagę siostrzenicy od niewygodnego tematu, Dulska z dumą demonstruje jej swój nowy (przerobiony) kapelusz, który komicznie kontrastuje z jej nieświeżym domowym strojem, a następnie przedstawia jej plany podwyżek czynszów. Sprytna Juliasiewiczowa utwierdza ciotkę w jej zamiarach, a nawet podjudza ją do wyśrubowania cen wobec niektórych lokatorów.
AKT II
Ta sama dekoracja co w akcie poprzednim. – Ściemnia się powoli, długie cienie liliowo-szare padają przez zamarzłe szyby. Po scenie, jak zwierz w klatce, tam i z powrotem chodzi Dulski w szlafroku, z zegarkiem w ręku. – Zamyka oczy i chodzi tak, jak lalka drewniana. Wreszcie ustaje. Zaraz otwierają się drzwi sypialni małżeńskiej i ukazuje się Dulska w gorsecie i spódnicy.
SCENA I. Felicjan Dulski chodzi dookoła stołu – lekarz zalecił mu spacery dla dotlenienia serca, ale żona woli go pilnować i każe mu odbywać spacery po pokoju. Hesia – wchodzi ubrana w strój wyjściowy, dziewczęta wybierają się bowiem na lekcję tańca – z ukrytą drwiną komentuje spacer ojca. Ukradkiem spostrzega, jak Felicjan kradnie z pieca jedno z cygar, odłożonych tam i wydzielanych mu przez Dulską. Wreszcie Dulska pozwala mężowi wyjść do kawiarni Felicjan otrzymuje jeszcze swoją „dzienną rację” – dwadzieścia centów; Dulska tłumaczy, że odtąd nie będzie mu dawać tygodniówki, gdyż wówczas przetraciłby wszystko z kolegami w jeden wieczór Tymczasem Hesia zwinnie wspina się na krzesło i kradnie z pieca jedno z cygar ojca.
SCENA II. Wchodzi Mela. Hesia chwali się swoją zdobyczą i usprawiedliwia kradzież postępowaniem ojca. Przechwala się, że cygaro wypali lub podaruje kochankowi kucharki. Mimo skarg Meli na złe samopoczucie, namawia ją do wypróbowania kilku tanecznych kroków.
SCENA III. Hesia przywołuje Hankę i każe jej zawiązać sobie tasiemkę u buta. Dziwi się mizernemu wyglądowi służącej. Mela chwali się, że zna przyczynę zmiany, jaka zaszła w Hance, ale nie chce wyjawić siostrze „tajemnicy”. Dziewczęta tańczą przez chwilę i rozmawiają o chłopcach z lekcji tańca, cynizm Hesi gorszy Melę, która najwyraźniej czuje się coraz gorzej. Hesia kręci się sama po salonie, a Mela przygrywa jej na pianinie najpierw walca, a potem cake-walka, który jest przebojem sezonu.
SCENA IV. Pojawia się Zbyszko. Najpierw podśmiewa się trochę z siostry, a później zaczyna z nią tańczyć do melodii granej przez Melę.
SCENA V. Wpada Dulska i robi awanturę, że Zbyszko uczy siostry nieprzyzwoitych tańców. Zbyszko ripostuje, że naprawdę nieprzyzwoite są kuse sukienki dziewczynek, mające panienkom nadać dziecinny, wygląd. Dulska dostrzega zły wygląd Meli – poleca jej położyć się do łóżka i przyłożyć sobie na plecach rozgrzewający plaster, używany wcześniej przez ojca. Mela posłusznie idzie do swojego pokoju, Dulska z Hesią wychodzą na lekcję tańca.
SCENA VI. Zmęczony Zbyszko siada przy piecu. Zjawia się zdenerwowana Hanka i mówi, że idzie tam, „gdzie pan kazał”. Zbyszko pouczają, by się nie bała i opowiedziała o wszystkim, a także popędza ją, aby zdążyła wrócić do domu przed Dulską.
SCENA VII. Do salonu wchodzi Mela. Wyraźnie potrzebuje bliskości i przyjaznego kontaktu, próbuje wytłumaczyć bratu swoją nieśmiałość. Zbyszko zwierza się siostrze ze swojej nienawiści do własnego środowiska i samego siebie, Mela z kolei opowiada mu o swoim osamotnieniu w rodzinie. Chwilę prawdziwej bliskości i wzruszenia Zbyszko rozbija ironicznym komentarzem. Mela przyznaje mu się wreszcie, że widziała jego zaloty wobec służącej, i w swojej naiwności troszczy się, czy matka pozwoli mu się z nią ożenić. Obiecuje bratu, że stanie „po jego stronie” i nauczy Hankę dobrych manier, aby ta nie odbijała zachowaniem od swojej nowej sfery. Zbyszko wyśmiewa jej głupotę. Wówczas Mela brnie dalej i wyjawia Zbyszkowi, że Hanka ma na wsi narzeczonego i prosi go, aby nie był zazdrosny. Rozczulony jej dziecinnością Zbyszko prosi, by położyła się do łóżka zamiast zamartwiać się niepotrzebnie.
SCENA VIII. Wraca Hanka z potwierdzeniem złej wiadomości – jest w ciąży. Przerażany i bezradny Zbyszko radzi jej wyjechać do domu, a później pociesza, że „może się jeszcze co zmieni”. Hanka grozi samobójstwem, Zbyszko próbuje ją uspokoić, po czym wychodzi do swojego pokoju.
SCENA IX. Cichutko wchodzi Mela. i zaczyna pocieszać płaczącą Hankę. Jest przekonana, że dziewczyna płacze, gdyż Zbyszko zrobił jej scenę zazdrości o narzeczonego – „finanzwacha” (niem. Finanzwache – uzbrojona i umundurowana celna straż graniczna w monarchii austro-węgierskiej). Czuje się winna, że zdradziła bratu „tajemnicę” Hanki, ale tłumaczy jej, że wpłynie na rodziców i wszystko zmieni się na dobre, „gdy już ślub się odbędzie”. Ponieważ Mela oświadczyła Hance, że wie o wszystkim, co wydarzyło się pomiędzy nią a Zbyszkiem, zdezorientowana Hanka tłumaczy jej, że teraz – „z cudzym dzieckiem” – nikt się z nią nie ożeni.
SCENA X. Pojawia się Juliasiewiczowa. Mela wyjaśnia jej, że Hanka jest bardzo nieszczęśliwa, gdyż zakochała się w Zbyszku (z wzajemnością), ale rodzice na pewno nie wyrażą zgody na ślub. Dodaje jeszcze, że w tej sprawie jest znacznie więcej komplikacji, których ona sama do końca nie rozumie. Juliasiewiczowa, wietrząc sensację, wypytuje głupiutką Melę, która opowiada jej o narzeczonym Hanki i o „cudzym dziecku”. Sprytna ciotunia w jednej chwili domyśla się wszystkiego, zabrania Meli dopytywać się o sprawy dorosłych i uspokaja ją, że sama się wszystkim zajmie.
SCENA XI. Pojawia się Zbyszko, gotowy do wyjścia do kawiarni. Juliasiewiczowa prowokuje go do utarczki słownej, ironicznie komentując jego ucieczkę z domu.
SCENA XII. Pojawia się Dulska i Hesia, Dulska opowiada Juliasiewiczowej epizod z drogi powrotnej, kiedy to chciała kupić dla córki ulgowy bilet w tramwaju, a konduktor się temu sprzeciwił. Dulska narzeka na wydatki: kto nie szanuje grosza, ten niewart... i natychmiast daje kolejny dowód swojego chorobliwego skąpstwa, kiedy każe całej rodzinie pić herbatę w wyziębionym z powodu zepsutego pieca pokoju: I tak na przyszły rok nie będę tu mieszkać, tylko wynajmę. Więc mi lokator piec poprawi. Juliasiewiczowa z ironią dopytuje się Hanki o jej kiepskie samopoczucie, a później złośliwie komentuje wieczorną eskapadę Zbyszka. Zmartwiona Dulska uskarża się na niewdzięczność syna: Już mu tak dogadzam, żeby go tylko w domu przytrzymać, a później – aby się pocieszyć – zaczyna przygadywać siostrzenicy, że i ona prowadzi się „niemoralnie”. Obrażona Juliasiewiczowa ujawnia Dulskiej prawdę – wkrótce i jej mieszczański, „uczciwy” i „spokojny” dom stanie się miejscem sensacji. Kiedy przerażona Dulska nie chce uwierzyć w oczywiste fakty, Juliasiewiczowa radzi jej porozmawiać z Hanką, a sama wychodzi do pokoju dziewcząt.
SCENA XIII. Dulska wypędza z salonu męża i wypytuje Hankę, czy rzeczywiście jest w ciąży ze Zbyszkiem. Gdy słowa Juliasiewiczowej się potwierdzają, straszy Hankę skandalem i każe jej natychmiast wynieść się z jej domu. Wychodzi do sypialni, aby przygotować dokumenty dla odprawianej służącej.
SCENA XIV. Wchodzi Juliasiewiczowa i radzi szlochającej Hance, by porozumiała się ze Zbyszkiem. Na moment do salonu zagląda rozhisteryzowana Mela i prosi ciotkę, by pomogła nieszczęśliwej dziewczynie. W tym momencie pojawia się Zbyszko, a Juliasiewiczowa z triumfującą miną obwieszcza mu, że jego tajemnica została ujawniona. Zbyszko tchórzliwie cofa się do drzwi, próbując uniknąć konfrontacji z matką i Hanką.
SCENA XV. Wchodzi zdenerwowana Dulska. Nie panując nad sobą, w rozmowie ze Zbyszkiem obraża Juliasiewiczową. Wówczas ta, dotknięta do żywego, ujawnia przed Zbyszkiem podstępną taktykę Dulskiej, która celowo tolerowała jego romans ze służącą, aby tylko powstrzymać go przed wieczornymi eskapadami po kawiarniach. Sprowokowany Zbyszko postanawia zemścić się na matce, przyprowadza z kuchni Hankę, zwołuje całą rodzinę i oświadcza, że postanowił uznać dziecko i ożenić się z Hanką. Nawoływania do opamiętania i groźby Dulskiej tylko umacniają go w tej decyzji. Dulska pada bezsilnie na kanapę – dopiero teraz zrozumiała, że sytuacja naprawdę wymknęła się jej z rąk.
AKT III
Scena przedstawia ten sam pokój. – Ranek, story podniesione, szare światło dnia zimowego – pod nie rozpalonym piecem drzemie na stołeczku niskim Hanka, owinięta w chustkę czarną. Za podniesieniem zasłony słychać wicher łopoczący o szyby – Chwila milczenia. Słychać tylko, jak Hanka oddycha ciężko i od czasu do czasu jęczy: „Jezus!” – drzwi otwierają się, wchodzi cichutko Mela w barchanowej spódniczce białej, koszulce i narzuconym na plecy barchanowym kaftaniku. Włosy ma rozpuszczone. W rękach bułka i garnuszek z kawą. Chwilę waha się. Biegnie do drzwi sypialni małżeńskiej, słucha, wreszcie wraca, pochyla się nad Hanką i delikatnie, ostrożnie budzi ją.
SCENA I. Mela budzi Hankę, podaje jej śniadanie i wyjaśnia, że już nie musi iść po mleko ani rozpalać w piecu (zrobiła to kucharka). Hanka przypomina sobie wczorajsze wydarzenia i kiedy dociera do niej cała prawda o sytuacji, w jakiej się znalazła, zaczyna płakać. Mela pociesza ją, że najgorsze już za nią i zapewnia, że zajmie się jej edukacją. Tymczasem Hanka bez przerwy przypomina sobie o czynnościach, jakimi powinna się zająć palenie w piecu, wyniesienie bielizny do magla, itp.) i wyrywa się Meli, ze strachem oczekując wejścia Dulskiej. Mela snuje wizje domowej sielanki i swojego poświęcenia dla rodziny, które potęgują tylko popłoch i zmieszanie służącej. Pojawia się Hesia, wyśmiewa się z naiwności siostry i przerażenia Hanki.
SCENA II. Wchodzi Dulska. Ciągle jeszcze ma nadzieję, że uda jej się utrzymać ster rządów. Zgadza się, by dziewczynki pozostały w domu i nie poszły do szkoły, zamyka Hankę w składziku na brudną bieliznę. Z gniewem odtrąca błagającą o wyrozumiałość dla Zbyszka i Hanki Melę. W trudnych chwilach może liczyć tylko na Hesię i Juliasiewiczową – one są bowiem równie cyniczne i bezwzględne. Poleca Hesi wysłać list do obrażonej Juliasiewiczowej i w milczeniu oczekuje jej przybycia.
SCENA III. Zjawia się Zbyszko, dopytuje się, gdzie nocowała Hanka i domaga się, by matka zaczęła ją traktować inaczej. Nie ma w nim już jednak wczorajszej determinacji – zacięta mina matki i złośliwe docinki siostry zmuszają go do rejterady z domu. Hesia przynosi wiadomość od kucharki, że Juliasiewiczowa obiecała wkrótce przyjść. Dulska odzyskuje przytomność umysłu i – jak gdyby nic się nie stało – głośno wrzeszcząc przez okno poucza stróża, aby dywany trzepał na dziedzińcu wewnętrznym, a nie od frontu.
SCENA IV. Po przyjściu Juliasiewiczowej Dulska znowu wpada w histerię i błagają o wybawienie z opresji. Proponuje, aby dla uniknięcia wstydu wzięła Hankę do siebie, ale Juliasiewiczowa zręcznie odmawia. Podpowiada, by wezwać praczkę Tadrachową, matkę chrzestną Hanki i wypytać ją o przeszłość dziewczyny. Zdaje sobie sprawę, że decyzja Zbyszka jest jedynie pustą deklaracją i wystarczy dostarczyć mu byle jakiego pretekstu, by zmienił zdanie i wycofał się ze swoich postanowień. Namawia ciotkę, aby naszykowała poczęstunek i udawała przychylność: Miodem się muchy bierze, nie octem.
SCENA V. Po przybyciu praczki Juliasiewiczowa przejmuje inicjatywę. Najpierw przedstawia Tadrachowej zmyśloną historię, jakoby znalazła dla Hanki doskonałego kandydata na męża, ale wcześniej musi się przekonać o jej nieskazitelnej opinii. Tadrachowa zaskakuje ją sprytem: oświadcza, że ręczy za uczciwość dziewczyny wtedy, kiedy mieszkała na wsi, a odkąd jest w mieście – była pod opieką swojej gospodyni, Dulskiej. Zakłopotana Juliasiewiczowa wylewnie częstuje praczkę wódką i słodyczami. Jej plan nieoczekiwanie pali na panewce, bo pojawia się Zbyszko i – kiedy rozpoznaje w praczce chrzestną matkę Hanki – oznajmia jej natychmiast, że właśnie postanowił ożenić się z dziewczyną. Tadrachowa w pierwszej chwili nie może w to uwierzyć, ale natychmiast domyśla się wszystkiego, gdyż – jak się okazuje – Hanka zwierzyła jej się ze swojego romansu z paniczem. Chcąc ratować sytuację, Juliasiewiczowa znów dolewa Tadrachowej wódki i dyskretnie umawia się z Dulską, że zaproponuje Hance pieniądze. Nawet i w tej – beznadziejniej przecież niemal sytuacji skąpa Dulska upomina ją, by trzymała się za kieszeń. Nieświadoma podstępu Tadrachowa, ujęta uprzejmością i poczęstunkiem, zgadza się poczekać, aż panie się naradzą. Czuje się uspokojona, uwierzyła słowom Zbyszka i cieszy się, że jej chrzestna córka będzie miała zapewnioną przyszłość.
SCENA VII. Oburzona zachowaniem Tadrachowej Dulska miota się w bezsilnej wściekłości, rzucając bezsensowne groźby. Juliasiewiczowa uspokaja ją i prosi, by pozwoliła jej działać zgodnie z obmyślonym planem. Po wyjściu ciotki wzywa do siebie Zbyszka, aby porozmawiać z nim w cztery oczy.
SCENA VIII. Juliasiewiczowa jest świetnym taktykiem, od początku wiadomo, że góruje inteligencją zarówno nad Dulską, jak i nad Zbyszkiem. Rozmawia z nim łagodnie i spokojnie, rozumie bowiem, że jakikolwiek sprzeciw spowoduje tylko, iż chłopak uprze się przy swoim zdaniu. Argumenty Juliasiewiczowej mają więc pozornie utwierdzić Zbyszka w podjętym postanowieniu, a w istocie obnażają przed nim rzeczywisty ciężar zadania, jakie wziął na siebie i uświadamiają mu jego własną słabość. Najpierw Juliasiewiczowa podważa w Zbyszku wiarę w niewinność i uczciwość Hanki, twierdząc, że dziewczyna ma „niemoralne instynkty”. Później z ukrytą drwiną rozważa, dokąd powinna udać się teraz ciężarna Hanka, poddając pod rozwagę różne propozycje. Nie weźmie mimo namów Dulskiej Hanki do siebie, jakoby – z obawy o swój spokój rodzinny, który mogłaby naruszyć „zepsuta” dziewczyna. Hanka nie może też – jako narzeczona Zbyszka – pójść na służbę do innego domu. Zamieszkanie na stancji będzie dla niej – wg słów Juliasiewiczowej – okazją do kolejnego zejścia z drogi uczciwości, a na pensję dla panien Hanka nie zostanie przyjęta. wybuch Zbyszka: To są wszystko drwiny – Juliasiewiczowa kwituje zdroworozsądkowym komentarzem: Wątpię, czy mamcia ją będzie mogła długo trzymać w składziku... Cóż więc zrobisz? Dostrzegłszy, jak z każdym słowem maleje pewność siebie zrozpaczonego chłopaka, Juliasiewiczowa ponawia swój atak. Uświadamia Zbyszkowi, że wiążąc się z Hanką, będzie musiał definitywnie zerwać ze swoim środowiskiem. Buńczuczne zapewnienia Zbyszka: Gwiżdżę na świat. i Piłuję na kontakt!... – Juliasiewiczowa skwapliwie potwierdza, ale natychmiast dodaje ironiczny komentarz na temat związku, w którym małżonkowie muszą sami sobie wystarczyć: Nie znam jej – musi mieć dużą inteligencję wrodzoną. Widząc bezsilną rozpacz Zbyszka, wytacza najcięższe argumenty, przypuszczając atak frontalny: [pozostaje] Tylko [strona] materialna. Maluje przed Zbyszkiem czarny obraz jego małżeństwa, w którym będzie jedynym żywicielem rodziny, utrzymującym Hankę i dziecko z marnej, urzędniczej pensyjki, pozbawionego jakiejkolwiek pomocy finansowej ze strony obrażonej „mamci”. Wybuch rozpaczy Zbyszka może świadczyć tyleż o jego słabości, co i o autentycznej chęci pokonania w sobie „dulszczyzny” i uczynienia swego życia lepszym.
Chwilę słabości i przygnębienia chłopaka sprytna Juliasiewiczowa wygrywa na swoją korzyść. Zbyszko, kiwając w milczeniu głową, poddaje się – zgadza się odwołać swoje postanowienie i przeprosić obrażoną matkę. W ostatnim odruchu przyzwoitości prosi tylko, by Hance, nie stała się krzywda. Juliasiewiczowa obiecuje.
SCENA IX. Juliasiewiczowa przyzywa Dulską i radośnie obwieszcza jej powrót marnotrawnego syna na łono rodziny. Zbyszko miota jeszcze bezsilne przekleństwa i wybiega do swojego pokoju, ale los Hanki jest już w istocie przesądzony.
SCENA X. Juliasiewiczowa wzywa do salonu Tadrachową. Porzuca dotychczasowe uprzejmości i chłodno informuje ją, że panicz zmienił zamiar. Proponuje wypłatę pieniędzy: Nikt jej ukrzywdzić nie chce. Pani gospodyni jest bardzo zacna osoba i może tam coś niecoś... Hance da jako odszkodowanie. Dulska odzyskuje rezon, jej jedynym zmartwieniem jest już tylko, by kwota nie była zbyt wysoka. Tadrachowa jeszcze trochę się buntuje, w końcu oświadcza, że musi naradzić się z Hanką. Widząc, że kobieta straciła pewność siebie, Juliasiewiczowa dodaje z ukrytą groźbą: I... miejcie rozum. Bo to tylko dobre serce pani, a żaden mus. Rozumiecie?
SCENA XI. Tadrachowa opowiada Hance o zmianie decyzji Zbyszka. Hanka unosi się honorem i odmawia przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy, ale Tadrachowa namawia ją do negocjacji z Dulskimi.
SCENA XII. Juliasiewiczowa, ukrywając zdenerwowanie, popędza Hankę i Tadrachową. Praczka pokornym tonem próbuje się targować, a Juliasiewiczowa przybiera lekceważący ton. wówczas upokorzona Hanka wysuwa się przed swoją obrończynię i decyduje się sama podjąć negocjacje. Sięga po argumenty najcięższe dla Dulskiej – grozi sądem, publicznym skandalem, procesem o alimenty. Juliasiewiczowa próbuje odwoływać się do jej sumienia, ale ten argument rozjusza dziewczynę jeszcze bardziej. Żąda tysiąca koron odszkodowania. Suma jest wysoka, ale wobec ponowienia gróźb – Dulska ulega.
SCENA XIII. Mela zagląda do salonu i dopytuje się ciotki o rozwój sytuacji. Juliasiewiczowa uspokaja ją i nakazuje nie wychodzić z pokoju.
SCENA XIV. Dulska brutalnie wypędza Hankę i Tadrachową. Praczka kłania się z pokorą, Hanka mierzy gospodynię wzrokiem pełnym nienawiści. Dulska z jękiem pada na kanapę. Juliasiewiczowa, oczekując wdzięczności ze strony ciotki, znów zagaduje ją o wynajęcie mieszkania, ale Dulska z rozbrajającą szczerością odmawia, tłumacząc, że teraz musi sobie odbić to, co jej wydarli. Całkowicie odzyskuje pewność siebie, popędza Zbyszka, by szedł do biura, wzywa Melę, by ćwiczyła gamy, każe Hesi pościerać kurze w salonie. Sytuacja przypomina tę z początku pierwszego aktu. Tylko przez drzwi do przedpokoju widać Hankę i Tadrachową, z wysiłkiem wynoszące kuferek z kuchni. Mela z niepokojem dopomina się wyjaśnień. Nic nie rozumie – według słów ciotki wszystko było na najlepszej drodze. Hanka żegna się jedynie z nią, po czym wychodzi. Mela usiłuje przywołać Zbyszka; podbiega do okna i obserwuje zapłakaną służącą brnącą w śniegu. Hesia wyśmiewa rozpacz siostry, cynicznie komentując zakończenie historii: Ona wzięła tysiąc koron i pójdzie za swego finanzwacha. Jej pogardliwy śmiech odnosi się do Meli, ale w zestawieniu z obrazem brnącej w śniegu ciężarnej Hanki brzmi złowrogo i wcale nie śmiesznie.
Bohaterowie dramatu

Aniela Dulska
Jest to najwyrazistsza postać dramatu, reprezentuje zarazem najbardziej skoncentrowane cechy „dulszczyzny”, obecne w mniejszym lub większym stopniu w charakterach wszystkich bohaterów dramatu. Mówiąc tutaj o Dulskiej, będziemy mieli na myśli konkretną, tytułową postać komedii Zapolskiej, pamiętać jednak należy, iż nazwisko bohaterki stało się synonimem pewnego uniwersalnego, wyrazistego typu osobowości.
Chyba najbardziej oczywistą cechą charakteru Anieli Dulskiej jest jej głupota, jasna dla wszystkich, nawet dla Hesi. Oczywiście, sama bohaterka ma o sobie i swojej inteligencji jak najlepsze mniemanie, wielokrotnie utwierdza bowiem samą siebie i swoich, najbliższych o własnej wyjątkowej pozycji w rodzinie: z torbami poszlibyśmy, żeby nie ja... (III/2). Jednak obserwując postępowanie bohaterki w różnych sytuacjach życiowych, począwszy od rutynowych czynności domowych, skończywszy na rozwiązywaniu poważnych problemów materialnych i osobistych, widzimy, że Dulska nie potrafi wyjść poza pewne, ustalone tradycją i konwenansem stereotypy. Brakuje jej wrażliwości, wyobraźni, inteligencji, wręcz najprymitywniejszego instynktu czy sprytu, żeby poradzić sobie w sytuacjach chociaż trochę odmiennych, niż powtarzające się codziennie rytuały rodzinne. W krytycznych chwilach Dulska potrafi najwyżej bezwzględnie wykorzystywać swoją przewagę wynikającą z pozycji materialnej bądź prawa własności (tak postępuje zarówno wobec służby czy wyrzucanej lokatorki – niedoszłej samobójczyni, jak i wobec najbliższych osób: męża, córek). Gdy jednak hucpa, bezczelność i gromkie pokrzykiwania nie robią oczekiwanego wrażenia na przeciwniku, Dulska przegrywa. W dyskusjach „światopoglądowych” z synem nie potrafi ani wpłynąć na jego zachowanie, ani nawet przekonać go o swojej racji; w utarczkach słownych z Juliasiewiczową musi się ostatecznie jej podporządkować; zapewne, też – gdyby nie pomoc tej ostatniej – w starciu z Tadrachową i Hanką nie umiałaby zręcznie wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
Zauważmy, że konwenans, tradycja i rutyna stanowią zarówno broń, jak i znakomity kamuflaż dla głupoty bohaterki. Głupota Dulskiej, jasna dla otoczenia, komiczna dla widza, nie jest powodem do osłabienia jej pozycji w rodzinie; bohaterowie podporządkowują się swoistej tyranii, pomimo iż bunt wydaje się taki oczywisty i łatwy!
Rzeczywista słabość „wielkiej matki” obnażona zostaje dopiero przez kryzys rodziny, spowodowany ujawnieniem romansu Zbyszka oraz nieoczekiwany bunt Hanki. Oba te wydarzenia stanowią drastyczny wyłom w życiu rodziny Dulskich. Pociągają za sobą lawinę pozornych drobiazgów ostatecznie dezorganizujących codzienność: Zbyszko nie idzie do biura, Hanka nie pali w piecu, dziewczynki opuszczają szkołę, itd. Co jednak znacznie ważniejsze, wraz z przerwaniem rutynowego ciągu czynności i zdarzeń Dulska traci swoją pozycję. Jej autorytet bowiem oparty jest w istocie na konwenansie. Konfrontacja z sytuacją, w której ów konwenans zostaje zaprzeczony (najpierw przez Zbyszka, później przez Hankę), Dulska jest bezsilna. Musi odwołać się do pomocy swojej nielubianej siostrzenicy (uznaje jej wyższość, chociaż pozwala sobie przy tym na złośliwy i obraźliwy komentarz: Ratuj! Ratuj! Ty masz doskonały złodziejski spryt – ty coś wymyślisz (III/4).
Zastanawiać może, dlaczego mimo wszystko całe otoczenie tak skwapliwie podporządkowuje się osobie o tak niskim poziomie intelektualnym, czemu wszyscy przypochlebiają się Dulskiej, boją się jej, liczą się z jej zdaniem. Nawet bowiem w przypadku najbliższej rodziny nie ma mowy o jakichkolwiek więzach uczuciowych. Źródłem władzy Dulskiej nad mężem i dziećmi są po prostu pieniądze. Nieco inaczej ma się rzecz z Juliasiewiczową. Jej posłuszeństwo wobec ciotki w pewnym stopniu wynikać może z poczucia kobiecej i rodzinnej solidarności, aczkolwiek i tutaj dopatrywać się można pobudek materialnych: siostrzenica jest wyraźnie zainteresowana uzyskaniem mieszkania w kamienicy należącej do krewnych, może liczy też – w perspektywie – na spadek po bogatej ciotce? Zresztą w gruncie rzeczy obie – i Dulska, i Juliasiewiczowa – należą do tej samej społeczności, funkcjonują w tym samym środowisku, biorą udział w tej samej grze pozorów. Mieszanina sprytu i naiwności, ciemnota, niski poziom intelektualny, brak jakichkolwiek zainteresowań – to cechy dotyczące nie tylko Anieli Dulskiej. Można powiedzieć, że w równym stopniu charakteryzują one całą społeczność sportretowaną przez Zapolską. W jakimś sensie Dulska jest przecież reprezentatywna dla całego środowiska.
Głupota Dulskiej wydawałaby się zapewne jeszcze śmieszniejsza, gdyby nie łączyła się z drugą jej cechą – obłudą. Zakłamanie, dwulicowość, skłonność do oszukiwania w sprawach błahych i poważnych – budzą wręcz obrzydzenie. Kreująca się na stróża moralności bohaterka kłamie na każdym kroku: oszukuje konduktora co do wieku córki, aby oszczędzić na bilecie tramwajowym, wymiguje się przed wynajęciem mieszkania własnej siostrzenicy, toleruje obecność zamożnej kokoty sprowadzającej oficerów do mieszkania (dorożki stają zawsze kilka domów dalej), ale za to bez litości wyrzuca inną, kobietę o nieposzlakowanej opinii, gdy ta podejmuje próbę samobójczą na wiadomość o romansie męża ze służącą.
Ewidentnym przykładem hipokryzji bohaterki jest jej stosunek do romansu Zbyszka z Hanką. Zapolska stopniowo odsłania przed widzem nędzę moralną Dulskiej. Najpierw mamy prawo sądzić, że ta naiwnie nie domyśla się, co się dzieje, lub też – lekceważąc skargi dziewczyny – nie docenia powagi sytuacji. Później przekonujemy się, że Dulska świadomie toleruje zachowanie syna „dla jego dobra”, traktując „domowy” romans Zbyszka jako mniejsze zło. Wreszcie okazuje się, iż cała sytuacja była od początku do końca wyreżyserowana przez troskliwą „mamcię”, która z premedytacją podsunęła Zbyszkowi dziewczynę niczym użyteczny przedmiot. Zacna matrona odegrała zatem rolę patronki domu publicznego, przez cały czas podając siebie i swój dom za wzorzec czystości moralnej. Uprawiany przez Dulską swoisty „dualizm pedagogiczny” przynosi żałosne efekty, zgnilizna moralna jest bowiem zaraźliwa. W domu Dulskich zdemoralizowani są wszyscy: Felicjan podkrada z pieca cygara i popada w łagodny alkoholizm, Zbyszko „lumpuje się” i cynicznie przechwala swoimi romansami, uwiedziona i porzucona Hanka ostatecznie przejmuje metody przeciwnika i przelicza swoje nieszczęście na pieniądze. Nieuchronnie postępuje też degrengolada moralna Hesi i Meli, dla których źródłem wiedzy o życiu i sprawach ludzi dorosłych są albo opowieści kucharki, albo... rozgrywająca się na ich oczach tragedia. Siła Dulskiej, jej władza nad innymi, ma źródło w pogardzie dla ludzi. Lekceważenie męża, kompletne nieliczenie się z potrzebami córek, bezczelność wobec lokatorów i służby – na przykładzie stosunków panujących w domu Dulskich Zapolska kreśli studium władzy. Oto tworzy się zamknięte koło: Dulska pogardza ludźmi, bo oni jej na to pozwalają, a ich strach i uległość umacniają ją w poczuciu siły i w pogardzie. Dulska nie mówi, lecz wrzeszczy, wydaje komendy jak w koszarach. Wszystkich – począwszy od stróża zatrudnionego w kamienicy a skończywszy na własnych dzieciach – traktuje niczym marionetki bezwolnie poddające się jej rozkazom. Przedmiotowe, instrumentalne traktowanie ludzi widoczne jest najwyraźniej w jej stosunku do Hanki, ale na podobnej zasadzie Dulska wykorzystuje do własnych celów Juliasiewiczową, która najpierw zażegnuje rodzinny skandal, a następnie – zostaje odprawiona bez słowa wdzięczności (nie mówiąc o propozycji uzyskania atrakcyjnego mieszkania w kamienicy). Wobec ludzi niższych stanem (Hanka, Tadrachowa) Dulska nie troszczy się nawet o zachowanie pozorów, ale brak szacunku czy wręcz pogardę okazuje nawet osobom równym sobie stanem. W rozmowie z wyrzucaną lokatorką, w kłótni z siostrzenicą, w czasie rozmów z córkami wiecznie poucza, poprawia i komentuje, uzurpując sobie prawo do wyrokowania o wszystkim i o wszystkich. Wyrazem pogardy dla otoczenia jest także prostackie słownictwo, a nawet sposób ubierania się – podarte, brudne ubranie, którego Dulska nie zmienia nawet podczas wizyty Juliasiewiczowej jest także rodzajem demonstracji, ostentacyjnego lekceważenia.
Najdotkliwszym przejawem lekceważenia ludzi przez Dulską jest jej chamstwo. Bohaterka Zapolskiej jest nie tylko krzykliwa i kłótliwa, ale wręcz nie liczy się z uczuciami innych. „Mówienie prawdy w oczy” samo w sobie nie jest rzeczą naganną, ale Dulska stosuje tę zasadę tylko w odniesieniu do innych. Sama „pierze brudy we własnym domu” i gotowa jest zaprzeczać oczywistym faktom, byle tylko uniknąć ujawnienia ciemnych sprawek swoich i swojej rodziny. Za to nie waha się mówić innym rzeczy okrutnych i bolesnych. W rozmowie z lokatorką-samobójczynią Dulska nieomal szydzi z jej uczuć: Zażyła pani zapałek... taka trywialna trucizna... Ludzie się śmieli. I jeszcze jak się to skończyło. Cała komedia – gdyby pani była umarła – no... (I/9).
Kolejna – nie mniej ważna – cecha zacnej lwowskiej matrony to skąpstwo. Przejawia się ono w wielu sytuacjach i przybiera formy wręcz chorobliwe, graniczące z obsesją. Przeziębionej, chorowitej Meli matka poleca rozgrzewający okład z plastra używanego już wcześniej przez ojca i każe jej się myć w zimnej wodzie. Wścieka się na stróża, że zostawił nową (!) miotłę na deszczu. Felicjanowi wylicza każdy grosz kieszonkowego, a nawet i cygara. Po domu chodzi w bieliźnie lub w znoszonych ubraniach. Napomina służącą, żeby jak najoszczędniej paliła w piecu. Z tych samych powodów zabrania zapalać lampy w salonie, w którym wiecznie panuje półmrok. Przy kupowaniu biletów tramwajowych dla córek próbuje oszukać konduktora na kilka groszy. Pod byle pretekstem podwyższa komorne lokatorom i odmawia wynajęcia mieszkania siostrzenicy, obawiając się, że będzie płacić nieregularnie, lub – że zażąda zniżki, powołując się na uczucia rodzinne. Celowo – nie bacząc na stan zdrowia Meli – odwleka naprawę pieca w salonie, bo wyziębione mieszkanie oznacza oszczędność na opale, a koszty remontu zamierza przerzucić na przyszłych lokatorów. Czyta jedynie pożyczone, zdezaktualizowane gazety, aby nie wydawać pieniędzy na prasę. Nie bywa, nie chodzi do teatru ani do kawiarni i nie przyjmuje gości (chyba w interesach), gdyż uczestnictwo w życiu kulturalnym pociąga za sobą konieczność wydatków: Ciężkie czasy – nie ma na przyjęcia (I/5). Skrupulatnie pilnuje terminów wypłaty pensji w biurze męża i syna. Ciągle kontroluje wydatki na dom, nieustannie szpiegując dzieci, męża i służbę. Przy każdej okazji strofuje córki z powodu nadmiernego niszczenia ubrań i obuwia: Hesia znów podarła kalosze. (I/5). Nawet w momencie, gdy ważą się losy Zbyszka i całej rodziny, kiedy to Juliasiewiczowa negocjuje z praczką sposób załagodzenia pretensji Hanki, Dulska próbuje drastycznie obniżyć „odszkodowanie” dla uwiedzionej służącej i targuje się o każdy grosz, zaś szczęśliwe dla siebie załagodzenie konfliktu – interpretuje jaką dotkliwą krzywdę: Jezus, Maria! Co za dzień!... no!... ledwo żyję... przecież to straszne, co ja przejść musiałam. Tysiąc koron!... [...] ,... ja muszę teraz odbić to, co mi wydarli (III/14).
Pomimo tak silnej pozycji w rodzinie Dulska w istocie jest osobą tchórzliwą. Bezwzględna i twarda jest tylko wtedy, gdy ma do czynienia z kimś wyraźnie słabszym od siebie – jak Mela, Felicjan czy lokatorka-samobójczyni – wtedy bowiem jest pewna swojej przewagi. Nie potrafi jednak przeciwstawić się ani Zbyszkowi, ani zbuntowanej Hance. W obliczu prawdziwego zagrożenia reaguje bezsilną złością najpierw udaje ataki histerii, a później zdaje się całkowicie na Juliasiewiczową.
Dulska nie zna pojęcia tolerancji, wierzy we własne racje, obce jej są jakiekolwiek wątpliwości. W przekonaniu, że postępuje słusznie, narzuca innym swoją wolę, osiągając często skutki przeciwne do zamierzonych. Chwilami skłonni bylibyśmy jej współczuć – gdyby nie patologiczne, niemal zbrodnicze efekty jej działania. Tragedia uwiedzionej dziewczyny jest tylko najbardziej spektakularnym przykładem, ale przecież i bez tego atmosfera domu Dulskich może szokować. Każdy z członków rodziny mógłby zostać sklasyfikowany jako przykład medycznej i psychiatrycznej jednostki chorobowej – oto skutki troskliwości matczynej i małżeńskiej.
Dulska uzasadnia swoje postępowanie troską o przyzwoitość i czystość moralną najbliższych. Lubi przy tym stale przywoływać Boga, jej bigoteria stanowi jednak tylko wygodny parawan, kryjący wszystkie występki.
Dulska lubi plotki, bez żenady powtarza Juliasiewiczowej informacje o swoich lokatorach. Jest przy tym sensatką o wyraźnych skłonnościach do przesady. Dopatruje się nieuczciwych intencji i „niemoralności” nawet w tak banalnych zachowaniach, jak dbałość o wygląd, czytanie prasy czy zwyczajne, najprostsze przejawy cieszenia się życiem, chęć zabawy. Według niej życie nie może być przyjemne czy piękne – a okazywana radość to przejaw głupoty albo... zepsucia.
Jest także egocentryczką – zawsze skupiona na sobie, w każdej sytuacji myśli tylko o własnych korzyściach. Ma jednocześnie poczucie, że wszystkim służy, każdemu jest niezbędna i poświęca się dla innych: Ja o wszystkim myśleć muszę. Niedługo przez was to zejdę do grobu.
W gruncie rzeczy naczelną zasadą życiową Dulskiej jest oportunizm, dbałość o przystosowanie się i przestrzeganie ustalonych norm. Tego samego wymaga od otoczenia. W pewnym sensie jest więc Dulska zniewolona przez konwenans, posługuje się nim, ale też i nosi go niczym ciężki gorset.
W kreśleniu wizerunku psychologicznego swojej bohaterki Zapolska posłużyła się satyrą, wyposażyła Dulską w rysy wręcz karykaturalne, nie cofając się przed groteską. Wyjaskrawienie niektórych cech charakteru postaci do granicy prawdopodobieństwa, przerysowania stanowią oczywiście świadomy zabieg Zapolskiej, wynikający z naturalistycznej koncepcji sztuki. Ostrość spojrzenia była także efektem buntu pisarki przeciw współczesnej obyczajowości, wywołanym przeżyciami osobistymi.
Groteskowe, komiczne cechy postaci zostały spotęgowane przez autorkę dzięki celowemu wykorzystaniu didaskaliów. Dokładny opis wyglądu Dulskiej, jej stroju, otoczenia – umeblowania, sprzętów domowych, bibelotów – jest pełen jadowitej złośliwości, a przy tym precyzji. Dulska to zaniedbany flejtuch bez odrobiny gustu. Najlepszym przykładem farsowego potraktowania bohaterki jest kapitalna scena przymierzania kapelusza do brudnej bielizny podczas wizyty Juliasiewiczowej: Idzie do przedpokoju – wraca z tokiem fiołków i białych piór, kładzie go na głowę, co przy kaftanie barchanowym i halce wywołuje dziwny efekt.
Można się więc zastanawiać, czy wstrętna; a zarazem śmieszna Dulska to harpagon w spódnicy, tyran i potwór, czy – ofiara własnych ograniczeń, ukształtowana przez środowisko. Czy zatem należy jej się bać, czy może – współczuć?
Jawne akcenty publicystyczne zawarte w dramacie każą nam czytać Moralność... jako oskarżenie; ważne jest jednak, iż skierowane jest ono nie tyle przeciwko konkretnej postaci czy nawet postawie, ale raczej – przeciw środowisku, społeczeństwu, które takie postawy kształtuje i akceptuje. Dlatego właśnie sztuka Zapolskiej budziła tyleż zachwytu, co sprzeciwu, a osoba głównej bohaterki wywoływała wiele sprzecznych emocji i prowokowała do kontrowersyjnych ocen.
ciąg dalszy...

Felicjan Dulski

Felicjan Dulski wydaje się być zaprzeczeniem wszystkich cech swojej małżonki. Jest cichy, spokojny, zamknięty w sobie, nieśmiały. W ciągu całego spektaklu wypowiada tylko jedną kwestię, biernie podporządkowuje się żonie, z otoczeniem porozumiewa się za pomocą gestów (kiwa głową, wyciąga rękę, itp.). W zestawieniu z pozostałymi bohaterami jest niemal sympatyczny. A jednak Felicjan Dulski jest jak przenikliwie zauważa syn – takim samym hipokrytą i oportunistą, jak pozostali członkowie rodziny. Konformizm, wygodnictwo, a może i zwykłe tchórzostwo każą mu pogodzić się z podrzędną, nieco może ośmieszającą pozycją w domu. Nie jest to jednak pozycja niewygodna – zapewnia Felicjanowi „święty spokój”, pewność co do zaspokojenia wszelkich potrzeb życiowych, bezpieczeństwo i... doskonałą izolację od wszelkich problemów. Felicjan wprawdzie musi przemykać się przez salon niczym własny cień, ale też jest to jedyna niedogodność jego życia. wystarczy mu wymknąć się spod kontroli żony (chociażby do biura, wieczorem zaś do kawiarni), by odzyskać równowagę ducha. Drobne grzeszki (kradzież cygara z pieca) całkowicie rekompensują mu konieczność życia „pod pantoflem”.
W kwestiach moralnych Dulski niczym nie różni się od swojej żony Gdy dowiaduje się o wstrętnej intrydze uknutej przez „mamcię” dla zatrzymania Zbyszka w domu i o tragicznych skutkach synowskiego romansu – nie zdobywa się na żaden gest czy komentarz, nie mówiąc o jakiejkolwiek próbie ingerencji. Jest egoistą, jedyne, co go interesuje, to zachowanie dotychczasowego, nienaruszalnego spokoju: Jego okrzyk: A niech was wszyscy diabli!!! (II/15) ostatecznie dowodzi braku zainteresowania dla problemów rodzinnych. Felicjan Dulski zdominowany i psychicznie stłamszony przez swoją małżonkę – nie potrafi przyjąć na siebie odpowiedzialności za rodzinę i pragnie tylko wieść spokojne życie na granicy wegetacji.

Hesia

Hesia jest pod względem moralnym wierną repliką matki. Ordynarna, prostacka, pewna siebie, zakłamana, chciwa i sprytna, świetnie przystosowuje się do sytuacji i doskonale potrafi poradzić sobie z każdym problemem.
Jest jednak Hesia osóbką znacznie młodszą – swojej ciekawości świata dorosłych nie ukrywa jeszcze pod maską zbolałego cierpienia i bigoterii. Bezpruderyjna, młodzieńczo łapczywa na życie, wesoła, chce przeżyć życie inaczej niż jej matka.
Hesia jest znacznie inteligentniejsza od Dulskiej, nie brakuje jej sprytu, jest dobrą obserwatorką i – co ważniejsze – ze swoich obserwacji wyciąga logiczne wnioski. Można powiedzieć, że jej cynizm i zepsucie są bardziej szczere, jawne, i przez to – nie budzą takiej odrazy, jak w przypadku głównej bohaterki dramatu.
Hesia kłamie, kradnie, kokietuje, plotkuje, podsłuchuje, podgląda, a nawet potrafi już zręcznie manewrować ludźmi, intrygować, szczuć jednych na drugich. Zapowiada się „Dulska II” i to znacznie przerastająca swój pierwowzór!
Jej zainteresowanie seksem nie jest w jej wieku niczym nagannym. Jednak brak pozytywnych wzorców oraz pustka emocjonalna, w jakiej żyje Hesia – przesądzają o jej dalszej drodze życiowej: dziewczyna będzie albo kołtunem jak Dulska, albo kamuflującą się zręcznie kokotą – jak Juliasiewiczowa.

Mela

Mela jest jedyną pozytywną postacią dramatu. Naiwna, ciepła, dobra, gotowa rozdawać miłość i łaknąca miłości – jest jednak zbyt słaba, by wpłynąć na postawę swoich krewnych lub chociażby obronić siebie przed ich wpływem. Zdominowana przez zaborczą Hesię – na pół świadomie ucieka w chorobę.
Postawa Meli oceniana jest przez otoczenie (zwłaszcza Hesię i Juliasiewiczową) jako głupota. Cyniczne intrygantki nie dostrzegają, że młodzieńcza egzaltacja Meli kryje w sobie pokłady bezinteresowności, czystości uczuć, dobroci, szczerości. Najszlachetniejsze intencje Meli nie mogą bowiem zostać zaakceptowane ani zrozumiane.
Spośród wszystkich osób dramatu jedna Mela potraktowała serio sytuację Hanki, próbując dostosować swoje dziecięce, zaczerpnięte z romantycznej literatury wyobrażenia o życiu do tego, co wydarzyło się w jej rodzinie.
Słaba fizycznie i psychicznie, tak różna od otoczenia, pozbawiona drapieżnego egoizmu Mela przypomina naznaczone piętnem śmiertelnej choroby postaci dziecięce z nowel Prusa czy Sienkiewicza.
Los Meli, jej dalsze życie pomiędzy Dulskimi, zdaje się przesądzony, chociaż Zapolska pozostawia tę kwestię otwartą. Nieprawdopodobne jest, by zastraszona Mela zechciała, czy nawet potrafiła, skorzystać z rady udzielonej jej – najżyczliwiej, chociaż nie bez ironii – przez starszego brata: To źle. Panna Dulska powinna iść naprzód tak... rozumiesz. Ktoś potrąci – ty jego... to powinna być nasza zasada. Jak najwięcej miejsca. Für die obere zehn tausend MiIIionen kołtunen! (Dla górnych dziesięciu tysięcy kołtunów) (II/7). Niełatwo jednak będzie Meli obronić się przed „dulszczyzną”. Braku akceptacji nie zrównoważą słowa Hanki, wypowiedziane przez nią w momencie opuszczenia domu; Całuję rączki panience.., jedna panienka tu co warta. Niech się ta panience powodzi... a innym, to niech... (III/l4). Alternatywą wydaje się jedynie smutna prognoza: Nie – ja pójdę do klasztoru (II/7).

Juliasiewiczowa

Juliasiewiczowa stanowi młodsze i bliższe „modernistycznemu” duchowi epoki wcielenie swojej ciotki. Jej postawa, tak bliska Dulskiej, wskazuje, że kołtuństwo nie jest przyporządkowane jednemu tylko pokoleniu i może przybierać różne formy. Inteligentna, młoda, elegancka, „szumiąca” jedwabną bielizną dama, na jaką pozuje Juliasiewiczowa – reprezentuje bowiem te same cechy, co tytułowa postać dramatu.
Juliasiewiczowa jest świadoma swojej dwulicowości, kłamie przed światem, ale nie przed sobą. Co więcej, własna i cudza hipokryzja śmieszy ją i bawi, dopóki jest dla niej wygodna. Bez skrupułów manipuluje ludźmi, jest przy tym znakomitym przykładem zdolności adaptacyjnych.
Ponieważ Zapolska wyposażyła Juliasiewiczową w większą dozę inteligencji, poczucia humoru, ogłady i urody – skłonni jesteśmy ją akceptować. W rzeczywistości postać tę należałoby oceniać gorzej od samej Dulskiej – bo jest w swoich działaniach skuteczniejsza, nie ma skrupułów, a za to więcej sprytu i potrafi lepiej się maskować. Zapolska zwraca uwagę, że dulszczyzna nie zawsze musi objawiać się w podartym szlafroku i nieświeżych papilotach.

Zbyszko

Zbyszko jest jedną z najbardziej skomplikowanych i niejednoznacznych postaci w dramacie. Nieodrodny syn swojej matki, genetycznie wyposażony we wszystkie jej cechy, demonstruje równocześnie bunt przeciw kołtunerii. Jego agresywna wobec otoczenia (ale i w stosunku do samego siebie) autoironiczna postawa wynika z rozdarcia pomiędzy wartościami wyniesionymi z domu rodzinnego a modelem życia cyganerii końca wieku. Zbyszko czuje się niespełnionym artystą (nawet złośliwa Juliasiewiczowa wyraża podziw dla jego gry na pianinie) spętanym przez konwenanse. Uosobieniem zła jest dla niego matka, dlatego też przy każdej okazji próbuje się jej przeciwstawić: lekceważy pracę, łatwo przepuszcza zarobione pieniądze, robi długi, romansuje, bawi się, spędza noce poza domem. Forma, jaką przybrał bunt Zbyszka, nie ma nic wspólnego z dojrzałością, jest jednak wystarczająco dotkliwa, by Dulska odczuła własną bezsiłę.
Do swojej postawy Zbyszko dorabia sobie swoistą motywację: alkohol i łatwe kobiety, z którymi spędza noce, to według niego sposób na uwolnienie się spod tyranii matki oraz metoda duchowego i intelektualnego wyzwolenia. Młodzieniec oczywiście zdaje sobie sprawę, iż buntując się przeciwko jednemu konwenansowi, w rzeczywistości wpada w drugi. Ma też gorzką świadomość, że jego „artyzm” nie jest najwyższej próby. Miota się więc w zaklętym kole, czując, że im bardziej sprzeciwia się „kołtunowi”, tym bardziej mu ulega: Bom się urodził po kołtuńsku, aniele! Bo w łonie matki już nim byłem – bo żebym skórę zdarł z siebie, mam tam pod spodem, w duszy, całą warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła. Coś, taki nowy, taki inny walczy z tym podstawowym – szarpie się, ciska. Ale ja wiem, że to do czasu, że ten kołtun rodzinny weźmie mnie za łeb, że przyjdzie czas, gdy ja będę Felicjanem, będę odbierał czynsze, będę... no... Dulskim, pra-Dulskim, ober-Dulskim, że będę rodził Dulskich, całe legiony Dulskich – będę miał srebrne wesele i porządny nagrobek, z dala od samobójców I nie będę zielony, ale nalany tłuszczem i nalany teoriami, i będę mówił dużo o Bogu... (I/12).
Co więcej – Zbyszko jest doskonale świadomy tego, że w gruncie rzeczy powiela postawę i akceptuje hierarchię wartości uznawanych przez środowisko, z którym rzekomo walczy. Romansując z Hanką, nie traktuje jej przecież jak równej sobie partnerki, jest więc wobec niej tak samo okrutny i nieuczciwy, jak Dulska. Hanka jest dla niego najpierw rodzajem atrakcyjnej zabawki erotycznej: ...każda kobieta to fortepian – tylko trzeba umieć grać... (I/12). Potem – uwiedziona dziewczyna staje się pretekstem do wszczęcia otwartego buntu przeciwko matce i uratowania twarzy przed samym sobą: Ja chciałem raz zetrzeć w proch to podłe, to czarne, co tu jest duszą złych czynów w tych ścianach. Chciałem raz wziąć się za bary z tym czymś nieuchwytnym i... (III/8).
O tym, jak bardzo mimo wszelkich demonstracyjnych gestów Zbyszko związany jest z matką, możemy się przekonać, obserwując jego reakcję na ujawnioną przez Juliasiewiczową strategię Dulskiej, mającą na celu zatrzymanie go w domu. W gruncie rzeczy Zbyszko nie spodziewał się, że Dulska zdolna jest do takiego cynizmu, że będzie potrafiła tak instrumentalnie potraktować nie tylko służącą, ale i własnego syna. Jego postanowienie o zawarciu małżeństwa z Hanką nie było wynikiem wyznawanych przez niego zasad moralnych, lecz zemstą na matce. Również i w tym wypadku sama dziewczyna została przez niego użyta jako przedmiot, narzędzie, dzięki któremu może odegrać się na Dulskiej za przeżyty szok i upokorzenie.
Nie sposób z całą pewnością rozstrzygnąć, w jakim stopniu przyczyną klęski Zbyszka jest jego słabość, a w jakim – samozakłamanie, dwulicowość. O jego braku odporności psychicznej i słabości charakteru świadczy niewątpliwie to, jak skwapliwie pozwala sobą kierować – najpierw Dulskiej, a potem Juliasiewiczowej. Wyraźnie widać, iż zgodnie z postawioną wcześniej samemu sobie diagnozą – Zbyszko jest znakomitym kandydatem na przyszłego pantoflarza, Felicjana. Ale wybuchy słów, które młodzieniec wyrzuca z siebie w rozmowie z Juliasiewiczową, przydługie tyrady naszpikowane modną terminologią, mogą zarazem wskazywać, że bohater po aktorsku zgrywa się przed otoczeniem i przed samym sobą. Jest, w zachowaniu i słownictwie Zbyszka coś nieautentycznego, jakby – krzycząc – sam siebie chciał przekonać o swoich racjach i w samym sobie zagłuszyć strach, wątpliwości, podłość charakteru.

Hanka

W pierwszych scenach dramatu nic jeszcze nie zapowiada, że ciemna, zastraszona, całkowicie uzależniona od swojej pani służąca odegra w tym domu tak poważną rolę. Zachowanie Hanki z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się nieco nieprawdopodobne, tym bardziej, że – jak opowiada później z dumą Tadrachowa – Hanka pochodzi wprawdzie z rodziny ubogiej, ale jest „ślubną”, gospodarską córką. Być może Zapolska celowo – dla wzmocnienia późniejszego efektu chciała podkreślić dystans, dzielący dziewczynę od rodziny Dulskich. Tak naprawdę zresztą w pierwszych scenach nie mamy okazji dobrze przyjrzeć się Hance, pojawia się ona tylko niczym milczący cień i w ciszy wypełnia rozkazy swojej pani – kwestie przez nią wypowiadane sprowadzają się do posłusznego przytakiwania gospodyni i wypełniania jej poleceń. Dzięki takiej konstrukcji postaci Hanka tym dobitniej ujawni swoją indywidualność i siłę w zakończeniu sztuki.
Postać Hanki ujęta jest prawie całkiem realistycznie, niemal bez satyrycznych przejaskrawień, których Zapolska nie szczędzi przecież pozostałym bohaterom dramatu. Gwałtowna przemiana sytuacji dziewczyny (służąca – panią) to chwyt komediowy, o wielowiekowej tradycji, ale późniejszy bunt Hanki, jej nieoczekiwana wewnętrzna siła i godność – zaskakują chyba nie tylko Dulską, ale i widzów.

Moralność Pani Dulskiej jako dramat naturalistyczny

Zapolska opatrzyła swoją sztukę podtytułem Tragifarsa kołtuńska. Zasygnalizowała w ten sposób, że w centrum jej uwagi znalazły się nie tyle akcja i intryga dramatyczna, co ludzkie charaktery i reakcje bohaterów zaskoczonych rozwojem wydarzeń. Lata poprzedzające powstanie Moralności pani Dulskiej były dla pisarki okresem dojrzewania artystycznego i ideowego. Już w 1885 roku Zapolska stała się wyznawczynią naturalizmu w literaturze, dostrzegając w nim szansę na spełnienie swoich ambicji twórczych. Chciała w swoich dziełach ukazać „nagą” prawdę życia, odsłaniając ciemne strony rzeczywistości – wołać o ratunek dla pokrzywdzonych i szukać dróg naprawy zła sankcjonowanego przez społeczeństwo. Wyrażała tym samym swoją nieufność i odrazę dla skonwencjonalizowanej moralności pozorów, mieszczańskich pojęć o tym co „przyzwoite” i „moralne”, deformujących psychikę, tłumiących naturalne popędy i kształtujących dwulicowość moralną.
[...] realizm (prawda) idzie w swym triumfalnym pochodzie rozświecając horyzonty, poruszając nędze i niedole ludzkie, podnosząc wielkie, palące kwestie – wykazując głód, upadek, rozkład wszystkich warstw społeczeństwa. I realizm (prawda) wyciąga na światło dzienne całe masy zapomniane, skopane, sponiewierane przez „Idealistów” wyciąga ich straszną nędzę duchową i materialną, nie zważając na wrzaski hien, rwących się do obgryzania nadgniłych części! Realizm (prawda) nie błądzi w krainie fantazji, lecz spogląda dokoła siebie i od rany nie odwraca się ze wstrętem, lecz woła wielkim głosem: „Patrzcie, tu jest miejsce bolące, za chwilę zaczerni się gangrena!... Rana powstała z takich a takich przyczyn... Ocalcie się, jeśli możecie”. Realizm (prawda) pomimo brudu, w jakim tak chętnie na pozór przebywa, zostanie jasnością najwyższą.6
Założenia programowe, które przyjęła w swej twórczości Zapolska, stanowiły odbicie programu reformatorskiego dotyczącego dramatu, a sformułowanego przez Emila Zolę. Nowy model dramatu i teatru opiera się na następujących zasadach:
1. Ukazywanie „prawdy życiowej” bez żadnych skrupułów i osłonek, nie cofając się przed drastycznymi obrazami.
2. Wprowadzenie na scenę środowisk i warstw społecznych tradycyjnie pomijanych.
3. Zastąpienie sztucznie komplikowanej intrygi prostą akcją, skoncentrowaną wokół jednego, głównego wydarzenia, rozwijającą się w zgodzie z logiką.
4. Zwrócenie uwagi nie tyle na rozwój akcji, co na analizę osobowości bohaterów ukształtowanych przez swoje środowisko.
5. Indywidualizacja języka scenicznego.
6. Naturalistyczne, werystyczne dekoracje, wiernie odtwarzające realia i charakteryzujące środowisko.
7. W grze aktorskiej – odejście od konwencji, rezygnacja ze sztucznego deklamowania i „podawania” tekstu na rzecz naturalnego sposobu mówienia.
8. Odejście od indywidualnych popisów gwiazdorskich, gra zespołowa, równorzędność poszczególnych ról w spektaklu.
Moralność pani Dulskiej, napisana – przypomnijmy – w 1906 roku, miała stanowić najdojrzalszą chyba w twórczości Zapolskiej realizację założeń naturalizmu. Autorka starała się zgromadzić bogaty materiał dokumentacyjny, prowadziła studia i obserwacje, które miały zapewnić zgodność realiów literackich z rzeczywistością oraz doprowadzić do ostrej demaskacji moralności i obyczajowości mieszczańskiej. Dramat naturalistyczny bowiem, zwłaszcza w swojej odmianie psychologicznej, rezygnował prawie całkowicie z charakterystyki bezpośredniej – jedynym środkiem prezentacji bohatera staje się więc sytuacja sceniczna. Główną ambicją dramaturga jest taka konstrukcja dzieła, która pozwoli możliwie wszechstronnie i wielopłaszczyznowo ukazać wewnętrzne portrety postaci.

DRAMAT OBYCZAJOWO-PSYCHOLOGICZNY – gatunek dramatu ukształtowany w XIX w. w nawiązaniu do wcześniejszych form dramatu mieszczańskiego. Był to standardowy i najbardziej rozpowszechniony typ sztuki scenicznej w okresie dominacji realizmu i naturalizmu; do dziś zresztą stanowi jedną z czołowych pozycji w repertuarach teatralnych. Gatunek ten obejmuje utwory o wyraźnie zarysowanej i harmonijnie rozplanowanej akcji, z niewielką liczbą przedstawionych osób, które są wprowadzone w spójny układ dramatyczny; konflikt organizujący akcję ma charakter psychologiczny lub społeczny, a jej rozwój nie narusza zasady prawdopodobieństwa życiowego; dominującym rodzajem motywacji działań bohatera jest motywacja realistyczna. Istotny składnik dramatu obyczajowo psychologicznego stanowi wielostronna charakterystyka postaci, przy czym [...] akcent główny pada na charakterystykę bohatera jako reprezentanta określonego środowiska socjalnego [...]. Dialog w dramacie obyczajowo psychologicznym unika środków retorycznych i poetyckich, zbliżając się do form praktycznego kontaktu językowego; w szerokim zakresie korzysta – zwłaszcza od czasu naturalizmu – ze środków mowy potocznej, stylów środowiskowych i regionalnych.7
Pragnieniem Zapolskiej było nie tylko spełnienie ambicji artystycznych i ideowych, ale i – a może przede wszystkim – osiągnięcie komercyjnego sukcesu, zdobycie popularności i sławy. Satyryczne ujęcie tematu zapewniało pogodzenie obu tych celów. Tym bardziej, że Zapolska świadoma była mocnych stron własnego pisarstwa, ufała swojej zdolności trafnego i precyzyjnego portretowania bohaterów oraz umiejętności wyzyskiwania efektów komicznych w budowaniu postaci.


Moralność pani Dulskiej jako komedia

FARSA – odmiana komedii obejmująca utwory sceniczne o błahych konfliktach, posługujące się środkami komizmu sytuacyjnego, błazeńskimi wyjaskrawieniami, efektami groteski i karykatury. W odróżnieniu od innych typów komedii farsa opiera się całkowicie na dynamicznej akcji [...]. Farsa zaliczała się zawsze do „niskich” odmian komedii; w XIX i XX w należy do żelaznego repertuaru teatrzyków rozrywkowych i bulwarowych [...].
Moralność pani Dulskiej to smutna komedia – tragifarsa. Pierwszą reakcją czytelnika czy widza jest śmiech – ale po chwili przychodzi czas na refleksję, W jednym z listów Zapolska opowiada o reakcji Ludwika Hellera (dyrektora teatru lwowskiego) i kilku przyjaciół, którzy mieli okazję czytać sztukę jeszcze przed jej ostatecznym ukończeniem: Wszyscy się pokładali ze śmiechu i dziwią się, skąd ja ten humor wzięłam. Ostre kontrasty pomiędzy wyglądem i zachowaniem poszczególnych postaci, rozdarcie wewnętrzne Zbyszka stanowiące główną oś konstrukcyjną dramatu, szereg spięć pomiędzy bohaterami, zjadliwe złośliwe dialogi i celne riposty, nagłe, nieoczekiwane zwroty akcji spowodowane nieprzewidywalnymi decyzjami Zbyszka – wszystko to wywołuje śmiech, ale jednocześnie zmusza do refleksji, i to bynajmniej nie wesołej.
Ogromny ładunek komizmu (graniczącego z efektami farsowymi) mieści się w szeregu sytuacji. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się scena zdrowotnego spaceru Dulskiego dookoła stołu. Farsowa jest scena, w której na kanapie siedzą „obie panie Dulskie”, to znaczy matka Zbyszka z Hanką, by – jak chce Zbyszko – przyjmować gości. Komiczna jest także scena, kiedy Dulska, złamana przeżyciami, rzekomo niezdolna do żadnej decyzji ani do żadnego działania, bezwolna, nagle i nieoczekiwanie ostro reaguje na „przestępstwo” lokatora, który trzepie dywany nie na „dziedzińcu”, lecz na balkonie.
„Moralność pani Dulskiej” spełnia wszystkie wymagania stawiane nowemu typowi dramatu. Sytuacje sceniczne i indywidualności bohaterów, wreszcie sam konflikt dramatyczny sięgają jednym biegunem tragedii, drugim komedii. Sens sztuki jest niewątpliwie pesymistyczny Pesymizm ten dotyczy jednak nie tylko wniosków wynikających z analizy typu moralności reprezentowanej przez panią Dulską i jej rodzinę. Pesymizm zawiera się także w samej koncepcji życia, w tej jego dwubiegunowości, w fakcie, że komedia graniczy z tragedią, dramat z farsą.
Komizm sytuacyjny, jakim posługuje się Zapolska, daleki jest od łagodnego, ciepłego humoru Fredry czy Bałuckiego. Śmiech u Zapolskiej służy do zdemaskowania i napiętnowania najbardziej znienawidzonych przez autorkę cech otoczenia, Podobną funkcję pełni komizm językowy.
Tak oto udało się Zapolskiej spełnić postulat stawiany wcześniej w recenzjach teatralnych – połączenia gatunku komediowego z pesymistycznym spojrzeniem na świat przedstawiony.
Przeprowadzając kompromitację kołtuństwa Dulskich, demaskując obłudę postaci tytułowej w zestawieniu z jej postępowaniem, pisarka podkreśla typowość przedstawionych zjawisk, świadczących o kryzysie moralności mieszczańskiej. Wydźwięk utworu, w którym nie ma żadnej postaci pozytywnej, jest pesymistyczny: ani pozornie zbuntowany Zbyszko, ani słabowita Mela nie są zdolni do przeciwstawienia się swemu środowisku. [...] Nie ma żadnej nadziei na zlikwidowanie dulszczyzny.


Język

Język Moralności pani Dulskiej jest jednym z największych walorów dramatu. Doskonale konstruowane dialogi, świetnie puentowane kwestie, umiejętne utrzymywanie napięcia i tempa – wszystko to świadczy o znakomitym wyczuciu sceny i dużym doświadczeniu scenicznym Zapolskiej.
Zapolska była również pierwszym od długiego czasu dramatopisarzem polskim, który przedostał się do wewnątrz nieprzenikalnego świata teatru. Występując na wszystkich stałych scenach polskich, poznała przede wszystkim jego rzeczywiste możliwości i potrzeby Uzbrojona w takie doświadczenie nie pisała książek, ale gotowe scenariusze, które aktorzy wyrywali jej nieraz spod ręki.
Zgodnie z postulatami naturalizmu Zapolska dążyła do tego, by jej bohaterowie mówili językiem możliwie najbardziej zbliżonym do rzeczywistego, codziennego, imitującego mowę potoczną. Znakomity słuch językowy i doświadczenie sceniczne przyniosło doskonałe efekty. Nawet dzisiaj, wyłącznie na podstawie sposobu mówienia bohaterów, widz jest w stanie określić nie tylko środowiska, z jakich pochodzą poszczególne postaci, ale nawet czas i miejsce akcji. Zapolska nasyciła bowiem dialogi dużą ilością charakterystycznych prozaizmów, kolokwializmów, prowincjonalizmów i dialektyzmów, a nawet pospolitymi w danej grupie społecznej błędami językowymi.
Język dialogów i didaskaliów zawiera w sobie takie bogactwo informacji o realiach, w jakich toczy się akcja, że wystarczy zwrócić uwagę tylko na najważniejsze. Przede wszystkim – nazwy topograficzne związane ze Lwowem: Wysoki Zamek, Brzuchowice, Zamarstynów. Dalej – właściwe dla monarchii austro-węgierskiej jednostki monetarne: guldeny, reńskie, korony i centy. Obok charakterystycznych regionalizmów lwowskich, obecnych zwłaszcza w wypowiedziach służby, w dialogach znajdziemy szereg germanizmów: Dulska sprawdza szpeiscetel, Hanka zaręczyła się z finanzwachem, itd. Równie wiele śladów językowych określa czas akcji, wskazując, że toczy się ona w okresie Młodej Polski, kiedy to przez Galicję przeszła fala mody na cyganerię i artystyczne kawiarnie. Charakterystyczne wyrażenia pojawiają się, rzecz jasna, w dialogach bohaterów należących do młodszego pokolenia: Hesia chce tańczyć cake-walka i zostać szansą (piosenkarką kabaretową), Zbyszko się lumpuje i lampartuje, spędzając noce w tinglach. „Modernizm” ogarnia nie tylko obyczaje, ale wkracza i w sfery życia codziennego: po ulicach Lwowa jeżdżą już automobile i tramwaje.
Indywidualizację języka postaci Zapolska stosuje z dużym wyczuciem. Hanka i Tadrachowa mówią językiem prostym, pełnym kolokwializmów, ale że Hanka pochodzi spod Lwowa, a jej matka chrzestna z miasta, w języku tej ostatniej częściej usłyszymy charakterystyczne lwowskie „ta”. Rozmowy prowadzone są zupełnie naturalnie, pojawiają się potoczne wyrażenia, słowa proste, nawet „grube”. Dulska nazywa Hankę tłumokiem, nieustannie drży, by w jej domu i kamienicy nie doszło do szkandału i mylnie używa wielu pojęć (na przykład mówi secesja zamiast scysja), Hesia obwieszcza ojcu, że jej siostra jeszcze się pichci, Tadrachowej tak smakuje likier, że aż ją mgli. Daleka od poprawności jest też stylistyka i składnia wypowiedzi, co jak już wcześniej pisaliśmy – jednocześnie służy charakteryzowaniu bohaterów i przynosi efekt komiczny; na przykład Hesia, na pytanie matki, czy wysłała list do ciotki, odpowiada: Posłałam. I powiedziałam, żeby stróż prosił, że mamcia prosi, żeby ciocia zaraz przyszła (III/2). W doborze słownictwa i sposobu mówienia każdego z bohaterów Zapolska jest tak precyzyjna, że różnicuje nawet – zależnie od okoliczności i rozmówców – język tego samego bohatera (porównajmy, jak rozmawia Dulska ze Zbyszkiem, a jak z Hanką, lub też jakim językiem posługują się w rozmowie ze sobą Zbyszko i Juliasiewiczowa, a jak zwracają się do innych osób dramatu). Swoistą formą indywidualizacji językowej jest także konsekwentne milczenie pana Dulskiego, zwłaszcza w zestawieniu ze słowotokiem jego żony.
Tak daleko posunięta indywidualizacja języka świadczy o wybitnym ta lencie pisarki i przynosi znakomite efekty Język spektaklu jest żywy, barwny, interesujący, a przy tym – ani trochę się nie zestarzał do dzisiaj !


Moralność Pani Dulskiej po latach uniwersalny charakter dramatu

Dyskusja o problematyce zaprezentowanej w dramacie Zapolskiej rozpoczęła się w momencie premiery sztuki i można powiedzieć, że trwa do dzisiaj. Jak pisaliśmy, samo pojęcie „dulszczyzny” na trwałe weszło do polszczyzny jako określenie pewnego typu mentalności. Zalety artystyczne Moralności pani Dulskiej krytycy i publiczność postawili bowiem na równi z ostrością spojrzenia i drapieżnością diagnozy społecznej nakreślonej przez pisarkę.
[...] w „Moralności pani Dulskiej” autorka ustawiła swoje zwierciadło obserwacyjne pod ostrym kątem. Znienawidzone przez nią „kołtuństwo”, które zawsze, ilekroć nadarzyła się sposobność, lubiła kopnąć mimochodem, tym razem na plan pierwszy wysunęła, dała mu szeroką przestrzeń całej sztuki, dała mu mówić, czynić, objawiać, się we wszelki możliwy sposób, uczyniła z niego oś sztuki i – zemściła się.
Komedia napisana z temperamentem ogromnym. Sceny za scenami drgają prawdą życiową. Nielitościwy sarkazm autorki skalpuje biednych kołtunów, jak Indianie skalpowali niegdyś białych.
Czerwone skalpy wiszą w jej rękach – ale jakże śmieszne!
Zmianę jakościową w dyskusji na temat sztuki wywołały wypowiedzi Tadeusza Żeleńskiego-Boya. Zachwycony sztuką, Boy nie wahał się porównać Moralności... z najdoskonalszymi dokonaniami Moliera. W ślad za nim krytyka polska uznała panią Dulską za nieśmiertelną, a jej autorkę ochrzciła mianem „klasyka w spódnicy”.
Wstyd powiedzieć, ale ze wszystkich naszych współczesnych komediopisarzy ta baba ma może najbardziej męski chwyt, największą zdolność spojrzenia, najdalej posuniętą ekonomię scenicznego wyrazu i gestu. Od początku do końca, każde słowo jest potrzebne, każde jest na swoim miejscu, każde n i e s i e; nie licząc tych – a jest ich bez liku które iskrzą się samorodnym, nieodpartym dowcipem.
Triumfalny pochód sztuki przez polskie sceny teatralne w dwudziestoleciu międzywojennym i po wojnie był efektem nie tylko wielkiej popularności Zapolskiej – zwłaszcza po wojnie można by mówić o pewnego rodzaju głodzie repertuarowym w polskim teatrze oraz o specyficznych uwarunkowaniach pozaliterackich. Liczne inscenizacje próbowały bowiem nadinterpretować naturalistyczną farsę Zapolskiej, nadając jej sens polityczny. Jednak tego typu zabiegi reżyserskie i inscenizatorskie nie znajdowały akceptacji publiczności, a w ostatnich latach pani Dulska odzyskała swoją prawdziwą twarz.
Zasługa Boya jako krytyka polegała nie tylko na tym, że potrafił docenić zalety dramaturgii Zapolskiej, ale że na zawsze oderwał pojęcie „dulszczyzny” od warstwy mieszczańskiej. Bowiem tak naprawdę Moralność pani Dulskiej jest oskarżeniem skierowanym przeciwko konkretnej postawie, którą traktować można w wymiarze uniwersalnym, a nie przeciwko jakiejkolwiek klasie społecznej. „Dulskim” można być zawsze i wszędzie, cechy sportretowane przez Zapolską można odnaleźć w ludziach niezależnie od ich wykształcenia, majętności czy wieku. W tym sensie można zatem mówić – niestety – o wiecznej aktualności dramatu. Dowodem tego mogą być najnowsze – sceniczne i filmowe – realizacje sztuki, ciągle – jak przed osiemdziesięciu laty – budzące jednakowo śmiech i grozę widzów. Nasze rozważania na ten temat spuentujmy zatem jednym zdaniem, pochodzącym z programu teatralnego z 1973 roku: Gdyby Zapolska pisała Moralność pani Dulskiej dziś, nie musiałaby wiele zmieniać.

opr: Katja
Przekierowanie